Nigdy nie podpisałem współpracy z SB. Oni mi wtedy tego nie proponowali, ja byłem wtedy malutki a oni byli tacy butni, że mnie robotnika w 1970 roku nie potrzebowali. Nie wiem, jak bym się zachował, gdyby naprawdę mnie potrzebowali. Nikt tego nie proponował. Natomiast podpisałem te standardowe rzeczy. Nie wiedziałem, że nie można podpisać tego, że nie będę nic mówił z przesłuchania. Był taki kwit na przykład, że nie mam broni - odpowiedział Wałęsa na pytanie dziennikarki, czy w filmie powinien znaleźć się fragment o tym, że podpisywał jakieś dokumenty SB.

Wszyscy podpisywali, nie znam ani jednego człowieka, który w tamtym czasie nie podpisałby tych kwitów. Wtedy robotnik, który dopiero dwa lata w Gdańsku mieszkał był im niepotrzebny, nic nie znaczył. Dlatego mówienie o współpracy jest nielogiczne z dwóch stron - bezpieka nie chciała, a ja bym się nigdy nie zgodził - wyjaśniał Wałęsa.

Wałęsa odpowiedział też na zarzuty, że będąc prezydentem rozwiązał rząd Jana Olszewskiego (głosowanie w nocy z 4 na 5 czerwca 1992 roku - tzw. noc teczek), ponieważ bał się dokumentów bezpieki o rzekomej współpracy z SB. - Jak można było próbować wprowadzić taką destabilizację? Nie ma ordynacji wyborczej, żadnego przygotowania, zgody, kiedy wybory...I uderzać w prezydenta, w marszałka Sejmu, Senatu? To, co miało być, gdyby im się to udało? W tamtym czasie nie było wyboru - trzeba było zatrzymać szaleńców, którzy nie wiedzą, co robią. Groziła nam naprawdę wojna domowa - mówił Wałęsa.

Były prezydent uważa, że protesty które 4 czerwca odbyły się pod jego domem oznaczają, że jeszcze coś znaczy. - Przy innych nie robią tych demonstracji. To znaczy, że trafiam, że jestem silny, bo słabym się tego nie robi. Cieszy mnie to, że coś znaczę, że przeszkadzam wielu. Ja wytrwam w swojej koncepcji budowania spokojnie i mądrze Polski - stwierdził Wałęsa.