Na liście zakupów resortu spraw zagranicznych znalazło się m.in. 16 foteli aluminium, z których każdy kosztuje blisko 13 tys. zł i 10 foteli obrotowych aeron w cenie 8,5 tys. zł za sztukę. Ciekawostką jest fakt, że jeden z nich jest elementem stałej ekspozycji Muzeum Sztuki Nowoczesnej na Manhattanie.

- Pożądane zachowanie jednolitego wyposażenia wnętrz - tak decyzję uzasadnia samo ministerstwo. Tymczasem Najwyższa Izba Kontroli kwestionuje tego typu zakupy, na które łącznie poszło 301,5 tys. zł. 

W ocenie NIK okoliczność, że MSZ posiada już meble określonych typów, nie uzasadnia ich uzupełniania, jeśli mają one stanowić wyposażenie innych pomieszczeń niż te, w których meble te się już znajdują -  piszą kontrolerzy. Przekonują przy tym, że fotele spełniające takie same funkcje można było zakupić za kwotę niższą o 115,5 tys. zł.

Także na reakcję polityków nie trzeba było długo czekać.

- W 2007 roku wszyscy ministrowie przyjechali na pierwsze wspólne posiedzenie rządu autobusem. Minęło kilka lat i rozbijają się limuzynami oraz wydają 300 tys. na parę krzeseł. To dopiero pokazuje hipokryzję tej władzy - komentuje w "Rzeczpospolitej" posła PiS Mariusz Antoni Kamiński.

Podobnego zdania jest także Małgorzata Kidawa-Błońska z PO.

- To są pieniądze publiczne i wszyscy muszą być przekonani, że zakup był celowy - zauważa. 

To kolejny raz, kiedy MSZ inwestuje w drogie meble i inne wydatki. W 2009 roku resort dyplomacji chciał kupić 500 foteli za prawie 4 mln zł. Przetarg - po tym jak go nagłośniono - ostatecznie odwołano. Jednym z powodów był także fakt, że wykonawca nie zachował odpowiednich wymiarów siedziska.