Protasiewicz przyznał, że kandydowanie w wyborach w regionie, w którym od dawna niepodzielnie panuje Grzegorz Schetyna, było sugestią Donalda Tuska. A miała ona służyć - zgodnie z deklaracją polityka - zakończeniu konfliktu w regionie. - Czy da się znaleźć jakiś sposób na to, żeby we Wrocławiu i na Dolnym Śląsku nie skończyć porażką. Bo wiemy, że czasy są trudniejsze niż w 2010 roku. Również wyniki Platformy mogą być gorsze - stwierdził Protasiewicz. 

Wedle jego prognoz w czasie przyszłorocznych wyborów samorządowych na Dolnym Śląsku, gdzie bez wątpienia bardzo mocną pozycję ma prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz, mogłaby się ukształtować koalicja "wszyscy przeciw Platformie". Jego rolą jest doprowadzenie do sytuacji, w której jedynym prawdziwym wrogiem będzie PiS.

O Schetynie zaś wypowiadał się bardzo dobrze - jako o bardzo sprawnym polityku. - To jest człowiek, który rozumie politykę. Umie politykę uprawiać. I przede wszystkim jest niezwykle konsekwentnie walczącym politykiem. Więc to, że nie jest szefem regionu, w niczym nie zmienia faktu, że pozostaje w pierwszej lidze polityków Platformy Obywatelskiej - przekonywał Protasiewicz. Pytany, czy zaproponuje Schetynie "aksamitną emeryturę" w postaci pierwszego miejsca na liście kandydatów do Parlamentu Europejskiego, ucina jednak, że na takie decyzje jest za wcześnie.

Pytany o rzekome nieprawidłowości w czasie głosowania, o których miał mówić Grzegorz Schetyna (więcej głosów niż wydanych kart), odpowiedział, że w komisji skrutacyjnej zasiadali przede wszystkim działacze związani właśnie z byłym marszałkiem Sejmu. - Przewodniczącym był jego bliski współpracownik, wicemarszałek województwa. I komisja nie stwierdziła takiej sytuacji. Tam w ogóle nawet cień podejrzenia nie padł. Natomiast to, co ludzie widzieli, a my przeżywaliśmy tam, na miejscu, to była prawdziwa rywalizacja, która rozstrzygała się pojedynczymi głosami - dodał Protasiewicz.