Minister Tomasz Siemoniak pytany o te kwestie przypomniał, że armia nie zostawiła rannego żołnierza bez pomocy. Wojskowy dostał w sumie 350 tysięcy złotych: 150 tysięcy od firmy ubezpieczeniowej, 200 tysięcy z różnych tytułów od MON. Otrzymuje też rentę powyżej 4 tysięcy złotych brutto.

Niech sąd i opinia publiczna rozstrzygną, czy te kwoty są właściwe - powiedział minister Siemoniak. Szef resortu obrony nie widzi też potrzeby, żeby ubezpieczać dodatkowo kołowe transportery Rosomak. W takim właśnie pojeździe był Mariusz Saczek, gdy doszło w Afganistanie do wypadku. Pod Rosomakiem wybuchła mina-pułapka.

Prawnicy żołnierza opierają akt oskarżenia między innymi na tym, że skoro transporter ma właściciela i posiada tablice rejestracyjne, to można go traktować jako pojazd i domagać się z tego tytułu zadośćuczynienia wedle przepisów kodeksu cywilnego.

Minister Siemoniak zaapelował, żeby w tej sprawie nie ulegać "prawniczemu językowi" i nie szukać na siłę kolejnych rozwiązań. Szef MON nie widzi potrzeby ubezpieczania Rosomaków, bo OC dla transportera, który działa w warunkach wojennych, byłoby zbyt drogie. - Prowadzenie dyskusji w tym kierunku jest trochę absurdalne - dodał minister obrony.

Tomasz Siemoniak dodał jednocześnie, że zarówno on jak i dowódcy poszczególnych jednostek do spraw rannych żołnierzy podchodzą z dużą empatią. Zdają sobie sprawę, że żadne pieniądze nie wrócą im poprzedniej sprawności, a tym bardziej nie cofną czasu.

Dlatego apeluję o mówienie o tych sprawach z większym wyczuciem, a nie skupianie się tylko na kwestiach materialnych - prosił w czasie konferencji minister Siemoniak.

38-letni Mariusz Saczek to pierwszy żołnierz, który pozwał MON. Jego prawnicy prowadzą kilka podobnych spraw. W dwóch przypadkach już skierowali akty oskarżenia do sądu i czekają na wyznaczenie terminów rozpraw.