W czwartek, po głośnym artykule niemieckiej bulwarówki "Bild", Protasiewicz w pośpiechu zorganizował konferencję prasową, na której gęsto tłumaczył się z awantury z niemieckimi celnikami. Choć z wykształcenia jest polonistą, nie był w stanie w sposób jasny i zwięzły wytłumaczyć się z całego zajścia. Kilkakrotnie puszczał niewyraźne nagranie, sekunda po sekundzie analizując przebieg zdarzenia. I prawdopodobnie tą drobiazgowością zdenerwował wczoraj premiera.

Wszystko dlatego, że jego konferencja zupełnie przykryła konferencję Donalda Tuska oraz ministra administracji i cyfryzacji Rafała Trzaskowskiego, na której była mowa o priorytetach nowego ministra na najbliższe miesiące oraz wskazanie wojewodów, którzy będą musieli pożegnać się ze stanowiskami. - Jacek specjalnie przesunął konferencje z 11 na 10.40, by nie kolidowała z konferencją premiera - mówi nam osoba z otoczenia ministra Trzaskowskiego. Pan poseł jednak się nie wyrobił, dlatego Donald Tusk zmuszony był opóźnić swoją konferencję o niemal godzinę, za co przepraszał oczekujących dziennikarzy.

W rozmowach z nami posłowie PO nie wróżą dobrze Jackowi Protasiewiczowi. - Po dwóch lampkach wina trudno się słaniać na nogach, ale fakt, że pił na pokładzie samolotu, czyni go mało wiarygodnym - mówi jeden z naszych rozmówców. - Premier mu ufa, w partii uznawany jest za człowieka od brudnej roboty. Ale jeśli Donald Tusk uzna to za słuszne, nie zawaha się przed żadną decyzją kadrową - dodaje.

Niektórzy posłowie Platformy twierdzą jednak, że tzw. niemiecki incydent na polskim gruncie może przysporzyć Protasiewiczowi zwolenników. - W końcu zadarł z Niemcami. W dodatku nie zrobił tego w tak żałosny sposób jak niegdyś Jan Maria Rokita. A to może się niektórym podobać - przyznaje poseł PO. Protasiewicz ma sporo do stracenia. Pełni funkcję szefa PO na Dolnym Śląsku, jest wiceprzewodniczącym Parlamentu Europejskiego i prowadzi eurowyborczą kampanię Platformy. Pozbawienie go którejkolwiek z tych funkcji mocno osłabi jego rolę w strukturach PO.

Przynajmniej do momentu ostatniej wpadki na frankfurckim lotnisku, cieszył się sporym zaufaniem premiera. Ponoć tej więzi nie zachwiało objęcie stanowiska szefa dolnośląskiej PO w atmosferze skandalu (po wygranej rywalizacji z Grzegorzem Schetyną wybuchła afera z kupowaniem głosów delegatów partyjnych za pracę w KGHM). Protasiewicz potępił osoby biorące udział w procederze i zarzekał się, że ze sprawą nie miał nic wspólnego. Koledzy z Platformy mu uwierzyli.

Poważną wpadkę zaliczył w listopadzie ubiegłego roku, gdy niespodziewanie wszedł w buty rzecznika rządu (wówczas był nim Paweł Graś) i ogłosił termin rekonstrukcji gabinetu Donalda Tuska. Jeszcze wcześniej, bo w maju 2013 roku, zapowiedział "bardzo poważną" rekonstrukcję rządu, co również nie spodobało się niektórym politykom PO i PSL.

Europoseł przez część swoich kolegów krytykowany jest za to, że zbyt łatwo daje sobie wejść na głowę. Tak było w 2005 roku, gdy prowadził kampanię prezydencką Donalda Tuska. Zdaniem wielu niepotrzebnie nagłośnił temat dziadka z Wehrmachtu, który wywołał Jacek Kurski. Doszło nawet do tego, że Donald Tusk przez długi czas musiał osobiście tłumaczyć się z rodzinnych zaszłości historycznych, zamiast skupić się na kampanii wyborczej. W efekcie dziś często obarczany jest odpowiedzialnością za przegraną.

Do prowadzenia kampanii Tuska wybrany został co najmniej z dwóch powodów – kierowania zwycięską kampanią Bogdana Zdrojewskiego na prezydenta Wrocławia (w 1994 r.) i wsparcia Grzegorza Schetyny. Choć dziś wydaje się to trudne do pojęcia, jeszcze kiedyś Protasiewicz uważany był za głównego protegowanego Schetyny. Znają się m.in. z działalności w Kongresie Liberalno-Demokratycznym, Unii Wolności i Platformie Obywatelskiej. Gdy udało mu się wygryźć schetynowców w strukturach dolnośląskiej PO, jego pozycja umocniła się jeszcze bardziej - zwłaszcza, że osłabienie ludzi Grzegorza Schetyny było na rękę premierowi Tuskowi. Być może stąd nieustanne popychanie Protasiewicza do przodu mimo ewidentnych - i coraz liczniejszych - wpadek.

Ale kapitał, jaki przez lata Jacek Protasiewicz sobie zbudował, zaczyna topnień w oczach. Ewidentnie widać, że cierpliwość Donalda Tuska do jego głupich wpadek właśnie się kończy. - W ciągu kilku dni zadecydujemy o roli Protasiewicza w PE. Jeśli wyjaśnienia okażą się niewystarczające, rozważę inne konsekwencje - stwierdził w czwartek premier. Dopiero po tym, jak musiał się tłumaczyć zachowanie europosła, udzielił głosu ministrowi Rafałowi Trzaskowskiemu. Nie tak to miało wyglądać.