Europoseł przyznaje, że zarabia ponad 50 tysięcy złotych miesięcznie, łącząc wszystkie profity, które z tego wynikają. 

Jednak odpowiedzialność jednego z 766, a za chwilę 751 europosłów jest o wiele mniejsza niż prezydenta kraju. W tym znaczeniu jest to demoralizujące - powiedział Migalski w rozmowie z "Super Expressem".

Tabloid przypomina, że zanim Migalski został europosłem miał ledwie 10 tysięcy złotych oszczędności, a teraz skoczyły one do 1,5 miliona.

Nigdy nie ukrywałem, że zarabiamy tam za dużo. Że dzięki tym pięciu latom w PE stałem się (...) bardzo bogatym człowiekiem - wyznał Migalski.

Polityk jest autorem książki pt. "Parlament antyeuropejski", która jest swoistym instruktażem... dojenia europarlamentu. Przykład? Marek Migalski mówi, że wystarczy być tam na miejscu i za każdy dzień pobytu dostawać 300 euro. Nie ruszać się, podpisywać listy - precyzuje polityk.

Jak mówi, opłacają się także przyjazdy samochodem do Brukseli. Za każdy kilometr europoseł dostaje 0,49 euro.

Absolutnie legalnie można zatrudnić asystenta, którego jedynym zadaniem jest wożenie nas - mówi Migalski. Czyli za pieniądze europejskie można zafundować sobie szofera. Migalski twierdzi, że różnymi sposobami można oprócz podstawowego wynagrodzenia wyciągnąć jeszcze od 200 do 300 tysięcy złotych rocznie.

Wykorzystywałem to, co mi przynależy, choć tego nie nadużywałem. Natomiast opisuję sytuacje, kiedy takie nadużycia miały miejsce. Mam bowiem wrażenie, że administracja parlamentarna stworzyła takie warunki, żeby europosłowie (...) doili PE i nie zajmowali się procesami politycznymi - stwierdził Migalski.

Ale zaraz dodał: Mam nadzieję, że przez pięć lat udowodniłem, że tych pięciu lat nie zmarnowałem. PE jest świetnym miejscem dla tych, którzy chcą się tam utuczyć, ale także miejscem dla tych, którzy chcą ciężko pracować - powiedział europoseł.

Przypomniał m.in., że był jednym z trzech polskich eurodeputowanych, którzy głosowali przeciwko dyrektywie tytoniowej, która uderza w polski przemysł i palaczy