Martin Schulz oświadczył, że jeśli w nowym składzie Komisji Europejskiej nie znajdzie się co najmniej 9 kobiet (optymalnie więcej niż 11), to Parlament Europejski odrzuci ekipę Jean-Claude’a Junckera w całości. O tym, że Schulz nie żartuje, może świadczyć ubiegłoroczny spór z Komisją i krajami członkowskim w sprawie wieloletniego budżetu unijnego. Schulz nie wahał się używać weta. Z tego, co do tej pory oficjalnie zgłosiły państwa unijne wynika, że w KE znalazłoby się zaledwie sześć pań. Nawet zakładając, że Belgia (która jako jedyna nie zgłosiła jeszcze oficjalnego kandydata i teki) zaproponuje europosłankę Marianne Thysen, to mamy raptem siedem kobiet. Czyli stanowczo za mało. Każdy z krajów został poproszony o wytypowanie kilku kandydatur, najbardziej gorliwa Słowenia wystawiła aż cztery osoby do wyboru. Preferowane będą panie.

Jak jest to praktykowane, portfolio będzie dopasowywane do konkretnych kandydatów, bo trudno sobie wyobrazić sytuację, że ważny resort przypadnie totalnemu abnegatowi. Zatem Polska, starając się o energię lub rynek wewnętrzny, powinna zaproponować kogoś, kto mógłby być uznany za osobę zorientowaną w temacie.

Co do energii, to pewne jest że nie otrzyma jej typowany przez niektóre media obecny komisarz niemiecki, Guenter Oettinger. Do tej pory nie zdarzyła się sytuacja, by dany kraj i polityk przez dwie kolejne kadencje miał to samo dossier. Szans większych nie ma także austriacki kandydat – będzie nim prawdopodobnie obecny komisarz, Johannes Hahn. To oznacza także, że i teka polityki regionalnej może być wolna. Na energię chrapkę miała Wielka Brytania i jej kandydat, Jonathan Hill. Ale Londyn myśli też o handlu międzynarodowym lub rynku wewnętrznym. Rynek wewnętrzny na pewno nie może przypaść Francji, ale Wielkiej Brytanii owszem. Pozostaje konkurencja.

Ze względu na parytety zdecydowanie wzrosły szanse polskich kandydat. Początkowo wskazywane były dwie kobiety: Danuta Huebner i Elżbieta Bieńkowska. Teraz już wiadomo, że wskazanie padło na drugą z pań. W Brukseli oczekiwano, że Polska, która dostała już prezent w postaci fotela przewodniczącego Rady dla Tuska, dostosuje się do wytycznych Junckera i nominuje kobietę.

Jaki resort wchodzi w grę w przypadku Bieńkowskiej? Najbardziej polityka regionalna, inne gospodarcze może też, ale bez "szalonego aplauzu", jak się komentuje w Brukseli. Co innego Huebner. Była komisarz i profesor ekonomii zasłynęła z perfekcjonizmu i poważnego traktowania obowiązków. Dobrą opinię umocniła jej praca jako europosłanki – szefowej komisji rozwoju regionalnego, która prowadziła negocjacje budżetowe, zajmując się także unią bankową i paktem fiskalnym. W jej przypadku właściwie wszystkie preferowane przez Polskę resorty wchodziłyby w grę.

Warszawa walczy najsilniej o energię i konkurencję. W tym tygodniu Juncker powinien porozmawiać z polskim kandydatem. Jak mówią nieoficjalnie nasi dyplomaci, jeżeli polska kandydatka nie otrzyma portfolio, na którym nam zależy, wówczas wycofamy ją. I zastąpimy innym kandydatem - niewykluczone, że mężczyzną. Bo to oznaczać będzie, że dostajemy słabsze portfolio.

Dla Polski korzystniejsze byłoby zaproponowanie jako kandydatki pani Huebner, której kompetencje wszyscy znają i która ma także znakomite kontakty osobiste wśród najważniejszych unijnych polityków i urzędników. Od lat zna się także z Junckerem i cieszy się jego szacunkiem. Hubner jako Hubner ma większe szanse na dobre portfolio niż jakikolwiek inny polski kandydat lub kandydatka – mówi jeden z unijnych dyplomatów.

Pytanie, czy premier Tusk weźmie to pod uwagę, czy też ważniejsze okaże się dla niego pozamiatanie polskiego podwórka po sobotniej nominacji premiera.

CZYTAJ WIĘCEJ: Tusk i pięciu rzeczników prasowych? Zobacz, kto stanie za jego plecami w Brukseli >>>

ZOBACZ TAKŻE: Efekt Tuska w sondażach. Platforma odrabia straty >>>