Józef Oleksy twierdzi, że nigdy nie czuł obrzydzenia do Jerzego Urbana  za sprawę księdza Jerzego Popiełuszki. To była służba. Był nadgorliwy, a w przypadku ks. Popiełuszki nieprzyzwoicie nadgorliwy. Nie uruchomił myślenia - ocenia w rozmowie z "Super Expressem" były premier. Przyznaje też, że z dawnym rzecznikiem rządu zna się długo i choć kilka razy zrywali znajomość, to jednak potem się godzili.

Z dygnitarzy PRL Oleksy ceni też generała Wojciecha Jaruzelskiego. Był moim szefem, przyzwoitym szefem - wspomina. Opowiada, jak został dzięki generałowi szefem struktur PZPR w Białej Podlaskiej. Wyrzucono go wtedy po raz drugi z partii, wtedy komunistyczny dyktator zaprosił go wieczorem do siebie i stwierdził: partia potrzebuje młodych, zdolnych kadr. Wy tacy jesteście i zaoferował mu stanowisko na prowincji.

Zupełnie inaczej Oleksy ocenia to, co działo się po 1989. Twierdzi, że był szantażowany przez Andrzeja Milczanowskiego. Zapewnia też, że teraz zareagowałby zupełnie inaczej. Kazałbym czterech spiskujących przeciwko mnie aresztować - mówi. Jego zdaniem spisek Milczanowskiego, Jasika, Libery i Zacharskiego to efekt gry Lecha Wałęsy o drugą kadencję i rozbicie obozu lewicy.

Przyznaje jednak, że Wałęsa przekonywał go, że była to oddolna robota, a on nie miał nic z nią wspólnego. Powiedziałem, że jak postawi pół litra, to pogadamy. Zgodził się, ale nigdy do tego nie doszło - stwierdził