Włodzimierz Cimoszewicz uważa, że SLD jest na krawędzi zagłady. Jego zdaniem, do śmierci lewicowej partii przyczyni się jej kandydatka na prezydenta - Magdalena Ogórek. Nie chodzi nawet o samą kandydatkę - jak mówi były premier "Newsweekowi", nie ma ona powiązań z betonem, jest młoda i wykształcona, więc mogłaby się spodobać elektoratowi. Dała się ona jednak kontrolować Leszkowi Millerowi.

Do tego, twierdzi Cimoszewicz, sam sposób wyłaniania kandydata na prezydenta, przypomina łapankę. Millerowi odmówili bowiem zarówno Ryszard Kalisz jak i Wojciech Olejniczak. Szef lewicy musiał więc za wszelką cenę znaleźć kogoś, kto wystartowałby pod szyldem SLD. Inaczej albo musiałby wystartować samemu, albo pokazać, że partia się nie liczy w wyścigu do Pałacu Prezydenckiego. 

To zresztą jest problem, zdaniem byłego premiera, wielu partii w Polsce. Brakuje polityków wagi ciężkiej. Nie widać też, by młode pokolenie polityków mogło coś zmienić. W nim dominują populistyczni i niedouczeni karierowicze, troszczący się jedynie o własne korzyści. Wpisują się oni jednak w ogólne światowe tendencje: zero poważnych idei i wszystko na sprzedaż - gorzko ocenia Cimoszewicz.

Sugeruje też, że Leszek Miller powinien zakończyć swoją karierę. Szef SLD posługuje się bowiem tylko "wyświechtanymi sloganami", jego partia zaś nie ma wizji. Nic więc dziwnego, że ostatnie głosowania zakończyły się klęską. Były premier uważa też, że tegoroczne wybory parlamentarne ostatecznie pogrzebią lewicę. SLD nie może liczyć na pomoc Aleksandra Kwaśniewskiego. Zabraknie też Józefa Oleksego, który był popularny wśród wyborców. Dlatego też partia może nie dostać się do Sejmu.

ZOBACZ TAKŻE: Magdalena Ogórek zaprezentowała swój program. "Żal mi jej">>>