Ostatnie sondaże opinii wskazują na jednoznaczne zwycięstwo w nadchodzących wyborach Prawa i Sprawiedliwości, które notuje nawet 30 proc. poparcia. PO jest na prostej drodze do przegranej – według sondaży chce na nią głosować jedynie 19 proc. Polaków (sondaż Millward Brown z 11 czerwca na reprezentatywnej próbie 1005 dorosłych osób).

O rządzie PiS mówi się zatem coraz śmielej. Drużyna albo ekipa – tak dokładnie określa się kilkudziesięciu polityków tego ugrupowania oraz ekspertów, którzy formalnie zostaną zaprezentowani na lipcowym kongresie partii. To z nich mają się wywodzić przyszli ministrowie i wiceministrowie.

Politycy PiS jak ognia unikają przy tym określenia „gabinet cieni”. Z dwóch powodów. Pierwszy jest historyczny. Choć w Polsce były próby tworzenia takich gabinetów, za każdym razem okazywało się, że to falstart. Najlepszym przykładem jest taki gabinet, który przed wyborami w 2005 r. przygotował Jan Maria Rokita. Zebrał grupę ekspertów, która szykowała program przyszłego rządu, łącznie z projektami konkretnych ustaw. Ale ani Rokita nie został premierem, ani jego doradcy ministrami.

Drugi powód to chęć zostawienia sobie maksymalnej swobody politycznej przy tworzeniu rządu. To najlepiej widać przy kandydaturach na premiera: w naturalny sposób jest nim lider ugrupowania Jarosław Kaczyński, ale wiele wskazuje, że może nim zostać także wiceprezes partii Beata Szydło. To drugie wyjście byłoby także po części powtórzeniem taktyki z kampanii prezydenckiej, czyli unikania wystawiania na pierwszy plan wyrazistych polityków PiS. Co ciekawe, wszyscy politycy PiS, z którymi rozmawialiśmy, mówili, że w przyszłym rządzie nie będzie Antoniego Macierewicza.