Likwidacja z NFZ

Funkcję Narodowego Funduszu Zdrowia miałyby przejąć resorty finansów oraz zdrowia. Minister finansów ma przeznaczać konkretną kwotę na zdrowie. I przekazywać pieniądze bezpośrednio do 16 urzędów wojewódzkich, które odegrają rolę obecnych regionalnych oddziałów funduszu. Lub powierzać całą kwotę resortowi zdrowia, aby ten ją rozdzielił pomiędzy województwa.

W urzędach wojewódzkich powstałyby poszerzone oddziały zdrowia, a do ich zadań należałoby przede wszystkim rozdzielanie pieniędzy na leczenie w swoim regionie. To urzędy wojewódzkie byłyby odpowiedzialne za kontrakty z placówkami medycznymi, wydawałyby też zgody na niestandardowe leczenie czy tworzyły lokalną politykę zdrowotną. Politycy PiS nie wykluczają, że część urzędników obecnych oddziałów regionalnych NFZ przejdzie do urzędów wojewódzkich.

Podział pieniędzy na poziomie lokalnym byłby ściśle powiązany z mapami potrzeb zdrowotnych. Określałby, czy na danym terenie, ze względu na epidemiologię, bardziej potrzebne są nowe łóżka onkologiczne oraz oddział geriatryczny, czy też rozbudowa ginekologii i położnictwa. Nakaz tworzenia map już istnieje, a nad pierwszymi pracuje obecne Ministerstwo Zdrowia.

Część analityków wskazuje, że NFZ należy do jednych z najtańszych urzędów – koszt jego działania to niecały 1 proc. zebranej składki, przy czym fundusz obsługuje świadczenia dla 37 mln Polaków. Z badań przeprowadzonych przez Millward Brown na zlecenie Infarmy wynika, że zaledwie 5 proc. obywateli naszego kraju chciałoby zlikwidować NFZ.

Podniesienie nakładów na ochronę zdrowia

Kolejnym pomysłem byłoby znaczące podniesienie wydatków na ochronę zdrowia. Obecnie wynoszą one 4,6 proc. PKB przy średniej unijnej 7,2. Jak pokazują statystyki Eurostatu, jesteśmy razem z Bułgarią na czwartym od końca miejscu w UE, jeśli chodzi o ten odsetek. Niższe wydatki w relacji do PKB od Polski mają tylko Cypr, Łotwa i Rumunia. Wicemarszałek Senatu Stanisław Karczewski zapowiada podwyżkę do 6 proc. PKB, czyli o ok. 25–30 mld zł, do roku 2019, czyli w sumie do blisko 100 mld. Powód to nie tylko relatywnie niskie obecnie publiczne wydatki na zdrowie, ale także zaczynający się proces starzenia społeczeństwa i postęp w medycynie, co także oznacza coraz wyższe koszty w ochronie zdrowia. – Jeśli nie zwiększymy finansowania, to będziemy leczyć coraz lepiej, ale za to coraz drożej i dostęp będzie coraz trudniejszy – ostrzega wicemarszałek Karczewski.

Zapowiadana przez PiS podwyżka oznacza wzrost o blisko 40 proc. w porównaniu z dzisiejszym budżetem NFZ.

Budżetowe finansowanie zdrowia

PiS szykuje rewolucję nie tylko w wysokości nakładów na zdrowie. Chce zmienić także sposób ich finansowania. Jak podkreślają politycy tego ugrupowania, dzisiejszy system oparty na składce zdrowotnej jest ślepą uliczką, bo jej podwyższanie oznacza wzrost kosztów pracy. – Polska gospodarka tego nie wytrzyma. Jeśli będziemy podwyższali koszty pracy, będziemy zmniejszali rozwój gospodarczy. Portugalia, Hiszpania i Włochy przeszły z systemu ubezpieczeniowego na budżetowy – zauważa wicemarszałek Karczewski. Tym śladem chce także pójść PiS. Zmiany miałyby być wprowadzane stopniowo. Na początku składka działałaby według obecnych reguł. Potem stałaby się częścią podatku PIT, a pieniądze zaczęłyby płynąć do budżetu zamiast do NFZ. Kolejny etap to związane z poprzednim punktem podniesienie nakładów na zdrowie już z pieniędzy budżetowych. Jednak już sama likwidacja systemu składkowego może dać oszczędności na poziomie około 400 mln zł, bo mniej więcej tyle kosztuje system poboru. Kilka lat temu z taką propozycją wyszła ówczesna minister pracy i polityki społecznej Jolanta Fedak. Choć zwolennicy obecnego systemu argumentują, że likwidacja składki jako oddzielnej daniny dającej prawo do świadczeń zdrowotnych mogłaby wpłynąć negatywnie na płacenie podatku.

Sieć szpitali

PiS chce wrócić do koncepcji sieci szpitali, którą przygotowywał prof. Zbigniew Religa. Zakładała ona, że na podstawie oceny potrzeb świadczeń zdrowotnych w poszczególnych regionach Polski zostaną wytypowane szpitale, które będą otrzymywały kontrakty i w których będzie realizowane leczenie na danym terenie. Chodziło o uniknięcie ostrej konkurencji między szpitalami, a także o wyeliminowanie sytuacji, gdy powstają nowe prywatne placówki tylko po to, by przejąć wysokopłatne procedury z NFZ. Negatywnym efektem tego zjawiska jest to, że istniejące szpitale tracą kontrakty na wysokopłatne świadczenia, a realizowane w nich są te niskopłatne, często deficytowe, co stwarza lub pogłębia problem zadłużenia szpitali. Beneficjentami zmian zostałyby istniejące szpitale i przychodnie. Od momentu wprowadzania zmian ograniczone zostałyby możliwości ubiegania się przez nowe lecznice o publiczne kontrakty. Te nowe miałyby swoją szansę, gdy wojewodowie kontraktowaliby kolejne usługi zdrowotne, np. geriatryczne. Wstępem do tych działań miałoby być przeprowadzenie bilansu otwarcia w ochronie zdrowia i oceny zadłużenia szpitali. To zostałoby dokonane w 2016 r. Równolegle trwałyby przygotowania do wprowadzenia w życie zmian zapowiadanych przez PiS. Nie wiadomo, czy nowy system wprowadzany byłby w całości od razu, czy na raty. Najwcześniejsza możliwa data jego wejścia w życie to 1 stycznia 2017 r. – Wprowadzane reformy nie mogą odbić się na pacjencie. Będzie on pod szczególną ochroną, tak by każda zmiana mogła wpływać na niego tylko pozytywnie – podkreśla Stanisław Karczewski.

Koszyk świadczeń gwarantowanych a dodatkowe ubezpieczenia

Według posłów PiS należałoby zrewidować koszyk świadczeń gwarantowanych, czyli listę terapii, które są dostępne w ramach pieniędzy publicznych. Politycy przyznają, że nie da się wszystkiego tam zamieścić. Obecnie poza koszykiem znajduje się chociażby część usług dentystycznych. Posłowie, którzy przygotowują koncepcję systemu ochrony zdrowia, przyznają, że ponieważ nie wystarcza pieniędzy na wszystko, należałoby powrócić do debaty na temat ubezpieczeń dodatkowych. Podkreślają też, że taki system musiałby być komplementarny, nie mógłby powodować konkurencji w systemie publicznym i pogarszać dostępu do świadczeń osób, które dodatkowych ubezpieczeń nie mają.

Nie ma za to mowy o pojawiającym się od czasu do czasu pomyśle opłat za wizyty, co miałoby zmniejszyć obciążenie lekarzy pierwszego kontaktu.

Możliwe jest wprowadzenie dodatkowych ubezpieczeń