Zdaniem publicysty "Rzeczpospolitej", przez najbliższy rok Platforma Obywatelska może zajmować się głównie sobą i wewnętrznymi rozliczeniami. Stałoby się tak, gdyby zdecydowano o przeniesieniu terminu wyboru nowego szefa partii na koniec 2016 roku. A taki ma być właśnie plan Ewy Kopacz i Donalda Tuska. Wtedy ten ostatni miałby furtkę w przypadku utraty stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej. Ewa Kopacz zaś uniknęłaby oddania przywództwa w partii w ręce np. Grzegorza Schetyny.

Stankiewicz zwrócił uwagę, że kadencja Donalda Tuska kończy się na początku 2017 roku, więc za mniej więcej rok będzie on już wiedział, czy wraca do kraju, czy też nie. I będzie miał czas na podjęcie decyzji i przygotowanie gruntu.

- Powrót Tuska jest możliwy tylko w jednej sytuacji - jeżeli rządy PiS będą tak konfliktogenne i kontrowersyjne jak w latach 2005-07. Wtedy wyborcy już za rok nie będą pamiętali Tuskowi tego, co złe - przekonywał publicysta.

Przeciwdziałać temu scenariuszowi będzie - zdaniem Stankiewicza - Grzegorz Schetyna, dla którego to "ostatni dzwonek" na odegranie jakiejś roli w polityce. Dlatego w jego interesie są jak najszybsze wybory na szefa PO. - Po latach, kiedy Tusk go gnębił, ma tych współpracowników i sympatyków mniej, sam jest za słaby. Wierzy jednak w to, że może się dogadać z innymi nurtami w PO i dzięki sojusznikom zostać liderem Platformy - podsumowuje sytuację szefa MSZ.

Sam Schetyna dziś w rozmowie z Moniką Olejnik sceptycznie odniósł się do propozycji, by stanowisko szefa klubu PO objęła Ewa Kopacz. Jego zdaniem należałoby rozważyć kandydaturę np. Sławomira Neumanna, obecnego wiceministra zdrowia.