Nałęcz porównuje sytuację byłego prezydenta do sytuacji Józefa Piłsudskiego. - Wałęsę trzeba dzisiaj postarać się zrozumieć. On ma wielu wrogów politycznych, którzy z fragmentów biografii z pierwszej połowy lat 70. czynią zarzut przenoszony na cały życiorys. Wmawiają nam, że on do dzisiaj jest agentem prowadzonym przez bezpiekę. Podobnie sądzili przeciwnicy Piłsudskiego, którzy uważali, że nie tylko współpracował przed I wojną światową, ale że był na pasku służb przez całe swoje polityczne życie – mówi w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej".

Podkreśla przy tym, że "Wałęsa jest jak Piłsudski także dlatego, że ma swoje tajemnice, ale dokonał rzeczy wielkich i jego wrogowie zawsze będą chcieli go zwalczać".

Dopytywany o fakt, że były prezydent niejednokrotnie przyznawał się do jakiejś formy współpracy, odpowiada: - Był samotnym, nieporadnym, młodym robotnikiem mającym na utrzymaniu rodzinę, który się uwikłał we współpracę ze służbami. Sam o tym mówił i mówił o tym swoim późniejszym towarzyszom walki, takim jak Lech Kaczyński czy Krzysztof Wyszkowski. I ci ludzie mieli później do niego zaufanie.

Zastrzega też, że nie należy się spieszyć z ferowaniem wyroków. - Ewentualna chwila słabości nie może przekreślić późniejszych dokonań - dodaje.

Teraz - zdaniem Nałęcza - czeka nas teraz kolejny rozdział walki Jarosława Kaczyńskiego i jego środowiska z Wałęsą. Ma to wynikać z przekonania, że im bardziej będą atakować byłego prezydenta, tym większe będą ich zasługi w oczach prezesa. Tymczasem, jak mówi historyk, "nawet wylewając beczkowozy nieczystości na Wałęsę, PiS nie usunie go z pomnika człowieka wolności".