Swoją diagnozę PiS sformułował w 2014 r. W programie partii opisano system, który partia chciała obalić.

„Fundamentalną zasadą, na której opiera się system Tuska, jest traktowanie utrzymania władzy jako celu nadrzędnego. Z tej zasady Tusk i jego otoczenie wyprowadzili wnioski natury socjotechnicznej. (...) Do wniosków tych należy nakaz uwzględniania w możliwie najwyższym stopniu interesów skonsolidowanych – wewnętrznych i zewnętrznych – grup nacisku. Idzie to w parze z lekceważeniem merytorycznych racji społeczeństwa jako całości oraz wielkich grup społecznych, a także z ignorowaniem ich interesów”.

W uproszczeniu: PiS uznawał rządy Platformy, ale także sporej części poprzednich ekip, za rządy elity dla elit, ignorujące potrzeby dużych grup społecznych, które przez to nie mogły czerpać korzyści na przykład ze wzrostu gospodarczego. Stąd przekonanie partii Jarosława Kaczyńskiego, że Platforma ulega różnym lobby rodzimym czy zagranicznym, choćby finansowym.

Celem rządu jest wprowadzenie dobrych zmian, na które czekają Polacy. Główna to wyrównanie dysproporcji społecznych, o czym poprzednicy zapomnieli – wyjaśnia marszałek Senatu Stanisław Karczewski. Stąd też takie pomysły, jak z jednej strony podwyżki płac, program 500+, podatek bankowy, a z drugiej – zmiany w prokuraturze i mediach.

Aby jednak to przeprowadzić, trzeba zmienić prawo. Niezbędna jest też kadrowa i instytucjonalna transformacja. Pytanie, jak zmienić instytucje? – Jarosław Kaczyński od lat jest konsekwentny. Istotą jego metody są zmiany kadrowe. Politykę kadrową uznaje za coś niezwykle ważnego. To w dużej mierze złe doświadczenie od początków transformacji – wyjaśnia politolog Rafał Matyja. I przypomina pierwszy wielki manewr kadrowy Kaczyńskiego, czyli osadzenie Tadeusza Mazowieckiego na funkcji premiera.

Aby realizować swoją politykę, PiS najpierw musi zmienić kadry, dopiero potem instytucje. W niektórych obszarach wystarczą tylko zmiany kadrowe, bez instytucjonalnych. Odwrotna sytuacja nie ma sensu. – Przykładem są media publiczne. Najpierw miała być ustawa, ale okazało się, że ważniejszy jest desant kadrowy. Gdy nastąpił, perspektywa ustawy się oddaliła – zwraca uwagę jeden z polityków PiS.

Jak rajdowiec

Polityka kadrowa PiS nie odbiega od polityki poprzedników. Każda z partii dążyła do jak najszerszego zaludnienia struktur państwa swoimi przedstawicielami. Robiły to i PO, i wcześniej lewica czy PSL. W 2001 roku SLD znowelizował ustawę o służbie cywilnej tak, by nie wiązała mu rąk. Wprowadzono możliwość obsadzania kierowniczych stanowisk w służbie cywilnej przez osoby spoza korpusu i bez konkursów. Platforma była bardziej zachowawcza, ale przejmowała władzę w czasie, gdy prezydentem był Lech Kaczyński, który dysponował możliwością weta.

To, co różni PiS od poprzedników, to skala, szybkość i głębokość zmian. Nie ograniczyły się one do rządu i jego zaplecza w administracji czy spółkach Skarbu Państwa. Bardzo szybko zeszły na poziom mediów i prokuratury, a wszystko wskazuje, że wkrótce i sądownictwa. Efektem ma być jakościowa zmiana zapowiadana wyborcom. Co w praktyce sprowadza się do ich podległości partii i Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Ten model prowadzi do tego, że cały system zabezpieczeń państwa liberalnego zostaje rozmontowany i wszystko opiera się na woli lidera. Kaczyński traktuje państwo jak rajdowiec swój samochód i wymontuje z niego wszystkie seryjne zabezpieczenia, by lepiej poddawał się woli kierowcy i jechał szybciej – mówi politolog Marek Migalski, były europoseł PiS.

Według tej filozofii centrala powinna mieć instytucjonalną możliwość na każdym dowolnym szczeblu. Takie też rozwiązania wprowadzono. Przykładowo: uprawnienia, jakie dostał prokurator generalny, dają mu możliwość ingerencji w każdą sprawę prowadzoną przez dowolnego prokuratora. Prawo i Sprawiedliwość, w przeciwieństwie do PO, chce sprawować pełną kontrolę nad wszystkimi instytucjami, które uważa za niezbędne do sprawnego rządzenia. Platforma chciała administrować, a PiS chce rządzić. Prokuratura jest tu sztandarowym przykładem. Partia Tuska przeprowadziła rozdział funkcji prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości, w wyniku czego powstała mało efektywna struktura. Nie była ani w pełni niezależna, ani w pełni sterowalna. Zmiany wprowadzone przez Kaczyńskiego dają pełną kontrolę nad tą instytucją ministrowi sprawiedliwości, a pośrednio temu, kto decyduje o wyborze tego ministra.

Taki system nie będzie działał bez odpowiednich kadr. Odpowiednich, czytaj: naszych. Podstawowym kryterium nominacji jest lojalność i zdolność do wykonywania polityki partii. – U Kaczyńskiego występuje coś, co nazywam platonizmem. Nie liczą się podziały na liberałów czy socjalistów, czy chadeków. Jest tylko podział na dobrych i złych, patriotów i niepatriotów – uważa Migalski. – Złą Lenę Kolarską-Bobińską zastąpi dobry Gowin, złych generałów zastąpią dobrzy. A jak się tych złych zastąpi dobrymi, to wszystko będzie dobrze działać.

Stąd preferowanie przez PiS rozwiązań, które dają partii swobodę w obsadzaniu stanowisk. Tak też skonstruowano projekt ustawy o IPN. Zmienia ona sposób powoływania prezesa tej instytucji. Obecnie złożona z naukowców Rada IPN organizuje konkurs i przedstawia kandydaturę Sejmowi. Nowa ustawa ma usunąć tę przeszkodę. O wszystkim będzie decydował parlament, w praktyce lider PiS.

Rezerwowych nie ma, bierzemy z trybun

Jak jednak zarządzać tą masową kadrową zmianą? Najbardziej konwencjonalny sposób to oparcie się na lojalnych członkach partii lub związanych z jej strukturami zwolennikach, których można bez obaw wysłać do resortów, urzędów wojewódzkich czy spółek. Ale taka polityka ma swoje ograniczenia. W zeszłej kadencji klub PiS liczył nieco ponad 130 posłów, obecnie znaczna ich część trafiła do rządu i na inne funkcje obsadzanie przez partię. Okazało się, że zaplecze partii, która osiem lat była w opozycji, jest nieduże. Jak opowiada jeden z polityków tej partii, jeszcze w kampanii zaczęto tworzyć listy osób, które po wyborczym zwycięstwie mogą zasilić kadry w różnych instytucjach.

Są obszary, gdzie zmiany są przemyślane i kadry przygotowane wcześniej. Tak jest w służbach czy prokuraturze. W innych przypadkach o tym, kto gdzie trafi, decydują: siła frakcji, która stoi za kandydatem, aktualny układ sił i pozycja. I nie ma co się dziwić. Po tylu latach w opozycji można mieć kandydatów na ministrów czy wiceministrów albo – z drugiej strony – na sekretarki czy asystentów, ale trudno mieć gotową listę dyrektorów generalnych, szefów departamentów czy członków rad nadzorczych – mówi polityk PiS.

Świadczą o tym nominacje w agencjach rolnych czy słynne przykłady szefów stadnin koni arabskich. Z kolei do zarządu Polskiej Grupy Zbrojeniowej, która zatrudnia ponad 17 tys. osób i ma 5 mld zł rocznego obrotu, trafił Radosław Oblewski, szef koła „Gazety Polskiej” w Łomiankach. – Ławka rezerwowych była tak krótka, że zaczęli brać z trybun – krytycznie zauważa Marek Migalski.

Jednak nie wszędzie PiS może się opierać na swoich ludziach. Dlatego inna metoda, by zapewnić sobie wpływ, to awans. To operacja przeprowadzana właśnie na wielką skalę w prokuraturze (CZYTAJ WIĘCEJ >>>). Nowa ustawa, która weszła w życie na początku tego miesiąca, dała Zbigniewowi Ziobrze możliwość urządzenia na własną kadrową modłę dwóch najwyższych szczebli prokuratury. Do tego z automatu w stan dymisji stawiani byli prokuratorzy sprawujący kierownicze funkcje, także na niższych szczeblach. To oznacza, że w skali całego kraju o obsadzie kilkuset stanowisk decydują Zbigniew Ziobro i jego zastępca Bogdan Święczkowski. Masowa skala zmian spowoduje, że prokuratura będzie już inną instytucją.

Można też zapewnić sobie lojalnych współpracowników – to awanse polityczne. Nominaci będą zawdzięczać swoją pozycję tylko nowej ekipie, nie doświadczeniu i umiejętnościom, więc będą stuprocentowo lojalni. Tak będzie w prokuraturze oraz w służbie cywilnej. Nowelizacja kolejnej ustawy wprowadziła podobną zasadę jak w prokuraturze: zajmujący wyższe stanowiska w służbie cywilnej tracili pracę w ciągu miesiąca, o ile nowa władza nie przedłużyła z nimi umowy.

Lojalność przede wszystkim

Oczywiście nie o wszystkich nominacjach decyduje osobiście Jarosław Kaczyński. Nie da się. Ale to on podejmuje najważniejsze decyzje. Rafał Matyja zauważa w nich prawidłowość i wyróżnia trzy klucze, według których Kaczyński decyduje o kadrach.

Pierwsze to zaplecze partyjne. Osoby, których lojalności prezes jest pewien i to je wysyła na kluczowe odcinki. Priorytetem jest lojalność, dlatego często inne przymioty – lub ich brak – schodzą na dalszy plan. To efekt wieloletniej drogi politycznej Jarosława Kaczyńskiego. Często był na politycznym oucie, przetrwali z nim najwytrwalsi. Dlatego szefem PKN Orlen może zostać Wojciech Jasiński, który ma doświadczenie w służbie państwowej, ale nie wielkim biznesie. (Tu politycy PiS przypominają, że podobnie było z Aleksandrem Gradem z PO. Po odwołaniu z funkcji ministra skarbu poszedł do jednej ze spółek zależnych PGE). Dlatego Krzysztof Jurgiel zostaje ministrem rolnictwa, choć jego decyzje w sprawie stadnin wystawiają PiS na medialną krytykę.

Prezes powtarza za Stalinem, że „innych pisarzy u nas nie ma”. Stalin odpowiadał w ten sposób na krytykę poziomu sowieckiej literatury. Kaczyński rządzi tym, co ma. Za to może być pewien, że nominaci zrealizują każde jego polecenie – mówi nam jeden z polityków rządzącego ugrupowania.

Kolejna grupa to profesjonaliści liberałowie. W czasach poprzedniego rządu to była Zyta Gilowska, teraz Mateusz Morawiecki. Wydaje się, że wcześniej tego typu osobą miał być Piotr Gliński – zauważa Rafał Matyja. Wybór takich kandydatur ma pokazać otwartość partii na inne środowiska. Ma też tę zaletę, że nie pozwala poczuć się zbyt pewnie działaczom PiS wysokiego szczebla. Widzą, że może ich zastąpić ktoś zupełnie z boku. Ostatnio w mediach pojawiły się nawet spekulacje, czy Mateusz Morawiecki, którego pozycja ostatnio bardzo wzrosła, nie zastąpi z czasem Beaty Szydło. A w przyszłości może nawet Jarosława Kaczyńskiego. Z punktu widzenia prezesa takie osoby mają jedną zaletę: ponieważ nie mają politycznego zaplecza w partii, ich pozycja jest słaba.

Wreszcie ostatnia grupa kadr to obiecujący młodzi, którym lider PiS daje szanse w polityce. Niegdyś był to Zbigniew Ziobro czy Paweł Kowal, który wcześniej współpracował z Lechem Kaczyńskim.

Choć personalna władza prezesa PiS wydaje się olbrzymia, ma swoje ograniczenia. Różne grupy wewnątrz partii rywalizują o wpływy. Także o stanowiska. Prezes musi godzić ich interesy, ważyć racje i balansować. Ma 234 posłów w Sejmie, a to nie jest zbyt wielka przewaga. Te spory wychodzą na światło dzienne właśnie przy okazji decyzji kadrowych. Jak ostatnio, gdy wicepremier Morawiecki próbował nie dopuścić do dymisji szefa PKO BP Zbigniewa Jagiełły. Parł do tego minister Skarbu Państwa Dawid Jackiewicz. Morawiecki wygrał, bo to on przejął nadzór nad bankiem. Podobny proces widać w publicznych mediach, gdzie trwają nieustanne roszady kadrowe.

Kaczyński ma także inny problem: uniezależnianie się nominatów. – Gdy ludzie wchodzą do instytucji, zaczynają się z nimi utożsamiać. Boją się, że przy kolejnym obrocie karuzeli wylecą. Ich zapał rewolucyjny maleje – zauważa jeden z polityków PiS.

Cała „wielka kadrowa” musi jednak pamiętać o jednym: ich kariera będzie trwać, dopóki nie będą stwarzać zagrożenia dla lidera. – Ciemną stroną takiej polityki jest eliminowanie wszystkich, którzy zagrażają nie tylko pozycji numer jeden, ale nawet dwa, czyli nieistniejącego następcy Kaczyńskiego – podkreśla Rafał Matyja.

Bo przecież żaden prezes nie rządzi wiecznie.