Spotykam ludzi w parafii i oni mówią, że są dumni, że z naszej gminy jest premier. Ale z punktu widzenia kogoś, kto nie interesuje się polityką, to co to za kariera? – zastanawia się premier Beata Szydło w rozmowie z „Rzeczpospolitą”.

Jak dodaje, w czasach, kiedy zaczynała karierę jako asystentka w Dziale Folkloru i Tradycji Muzeum Historycznego w Krakowie, przez myśl jej nawet nie przeszło, że kiedyś będzie premierem.

Niech pan sobie wyobrazi młodą dziewczynę z porządnej rodziny: tata górnik, mama pracowała w opiece społecznej, my z siostrą dobrze się uczyłyśmy, dużo czytałyśmy i byłyśmy grzeczne. Byłam zwyczajną dziewczyną z prowincji i dla mnie samo dostanie się na etnografię na Uniwersytet Jagielloński, gdzie było osiem osób na miejsce, było szczytem marzeń – przyznaje Szydło.

Czy jako szefowa rządu jest samodzielnym politykiem? – Odkąd zostałam premierem, wszyscy mnie pytają, jak to jest być prowadzonym za rękę, jak to jest być sterowanym, bo przecież rządzi Kaczyński, to on podejmuje decyzje, o wszystkim decyduje – wylicza i zapewnia, że decyzje podejmuje sama, a jedynie ma to szczęście, że może poradzić się prezesa PiS.

Na przypomnienie ze strony dziennikarza „Rzeczpospolitej”, że sam Jarosław Kaczyński nazywa ją eksperymentem, Beata Szydło wybucha śmiechem.

Tak, Beata Szydło, na drugie mam „Eksperyment”… A tak poważnie – do tej pory utarło się, że to szef partii zostaje premierem. W tym sensie jest to eksperyment, że to nie prezes, tylko wiceprezes stanął na czele rządu. Ale to całkiem miłe, kiedy słyszę od prezesa, że „eksperyment pod tytułem rząd Beaty Szydło się sprawdza”.