W tym kontekście polityka pamięci ważna dla obecnie rządzących na równi z programem "Rodzina 500 plus" staje się jedynie, oczywiście pod maską pozornej dbałości o polską rację stanu, zaspokajaniem ich miłości własnej i schlebianiem najwierniejszym stronnikom.

Takim, którzy pójdą za Kaczyńskim w ogień zawsze i bez względu na okoliczności. Im więc ta polityka jest i tak średnio potrzebna, bo słowa prezesa przyjmują za Prawdę Objawioną. Z odpowiedzią na realne potrzeby reszty społeczeństwa, zwanego ostatnio cudzoziemcami, ma ta msza nad historią tyle wspólnego, ile krzesło z krzesłem elektrycznym. Ale kto by protestował przeciwko takim celebracjom jak honorowanie Żołnierzy Wyklętych, ostatnich obrońców narodu przed bolszewicką zarazą, nieskalanych, bo zawsze prawych i sprawiedliwych? Przecież to polskość sensu stricto, krew z polskiej krwi, kości z polskiej kości. Kto sceptyk to nie-Polak, resortowe dziecko oderwane od koryta.

Chrystus narodów

CBOS w badaniu z kwietnia 2016 r. "Świadomość historyczna Polaków" potwierdza czarną diagnozę. Wiedza statystycznego Polaka na temat polskiej przeszłości jest dramatycznie mizerna. Również niskie jest zainteresowanie sprawami sprzed lat. Nie ma ani woli, ani wiedzy, by przywiązywać szczególną wagę do polskich dat, zwykle tragicznych, pełnych martyrologicznego cierpienia, służących nowoczesnemu podtrzymywaniu dawnej roli Polski "Chrystusa narodów", która – niczym Mesjasz za ludzi – cierpi za inne narody.

Właśnie taka polityka pamięci interesuje rząd: Katyń, powstanie warszawskie, zdrada przy Okrągłym Stole, zaniechania lustracji, spisek elit. Tylko szklanka do połowy pusta. Pamięć w wydaniu PiS to rozdrapywanie polskich ran i sypanie na nie soli. Plucie na niektóre symbole i czołobitna admiracja innych. To wreszcie wybiórczość i zło, sięgające upiorów przeszłości w świecie, który patrzy do przodu.

Tak jakby oficerom zabitym strzałem w tył głowy w katyńskim lesie albo heroicznym powstańcom z 1944 r. wysłanym na pewną śmierć przez dowódców można było przywrócić w ten sposób życie. Taka polityka jest jak kwestia z filmu Andrzeja Wajdy "Katyń" wypowiadana przez siostrę zamordowanego przez Rosjan porucznika: „Ja cała jestem stamtąd, z tamtego świata”. Jest ze świata, który był ważny, bo nasz, polski i wolny, ale minął bezpowrotnie. A PiS, choć większość Polaków tego nie chce, stale drażni na nowo to bolące polskie okaleczenie. Świadomie podtrzymuje chorobę polskiej duszy, ten narodowy megalomański prometeizm.

To, co było, nawet jeśli było tragiczne, pozostawiające na lata blizny na kształcie naszego myślenia, dzisiaj wyparowało jak kamfora, zniknęło niczym senna mara. Dzisiaj niemal nikogo w naszym kraju nie interesuje już przeszłość. Bardziej kojarzy się z eksponatami w muzeum niż z motorem konstruktywnych działań, rozpalającym od nowa spory i dyskusje. Historia najistotniejsza jest w szkole, bo dzięki dobrej finalnej nocie można podnieść średnią ocen na półrocze lub przed wakacjami.

W pozostałych sytuacjach, pomijając naukowców, dziennikarzy czy polityków (w tym ostatnim przypadku to właściwie dyskusyjne, jeśli przypomni się lapsusy historyczne Ryszarda Petru i Dariusza Jońskiego z SLD), polska przeszłość dla współczesnego Polaka stała się nieistotna. Celnie rozkłada to na czynniki pierwsze we wspomnianym badaniu CBOS. Niemal 20 proc. nie wie, że rok 1939 to data wybuchu II wojny światowej.

Tylko połowa potrafi połączyć datę 1989 z upadkiem komunizmu, obradami Okrągłego Stołu lub pierwszymi częściowo wolnymi wyborami. Niektórzy (6 proc.) udzielają odpowiedzi fragmentarycznie nawiązujących do przemian ustrojowych, a 43 proc. badanych kompletnie nie kojarzy z rokiem 1989 właściwego wydarzenia z najnowszej historii Polski. 43 proc. również nie ma pojęcia o tym, że w 1918 r. po 123 latach zaborów Polska odzyskała państwowość i niepodległość.

Najsłabiej znane są wydarzenia kryjące się pod datą 1791 r. – zdecydowana większość z nas (87 proc.) nie wymienia w tym miejscu uchwalenia Konstytucji 3 maja – oraz 1863 r. (79 proc. nie pamięta, że wtedy wybuchło powstanie styczniowe). A są to przecież daty uchodzące za kamienie milowe polskiej historii. Co by się stało, gdyby zapytać o konfederację barską albo wiek założenia i nazwę pierwszego uniwersytetu?

>>>CAŁY TEKST W INTERNETOWYM WYDANIU DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ<<<