- Tyle razy słyszymy od rządu, że został wybrany przez suwerena. A my niby przez kogo? Wszyscy wójtowie, burmistrzowie i prezydenci są wybrani przez suwerena na swoim obszarze. Nie jesteśmy gorsi - grzmiała dziś w Sali Kolumnowej w Sejmie prezydent stolicy, Hanna Gronkiewicz-Waltz na konferencji PO poświęconej samorządom. Dalej, wyraźnie podirytowanym głosem, udowadniała, że bez finansowego zaangażowania lokalnych władz nie funkcjonowałyby żłobki, przedszkola czy szpitale, a to oznacza, że pomoc niesiona jest głównie biedniejszym, a nie dobrze sytuowanym obywatelom, co jej zdaniem stara się wykazywać PiS.

Coraz bardziej emocjonalne wypowiedzi pani prezydent świadczą o tym, że atmosfera wokół stołecznych władz robi się coraz bardziej gęsta. Przedstawiciele PiS w poufnych rozmowach nie ukrywają zresztą, że dwoją się i troją nad kolejnymi sposobami przejęcia Warszawy. - Od dawna trwają rozmowy, by odsunąć PO od władzy w Warszawie. Ostatnie wybory parlamentarne pokazały, że szansa na to jest. PO zakładała poparcie rzędu 38-40 proc., a okazało się, że różnica między nami była minimalna i Platformę musiały ratować głosy poparcia z zagranicy - twierdzi w rozmowie ze mną jeden z działaczy PiS.

Dotychczasowe pomysły raczej zawodziły. Wpierw w 2013 r. PiS podłączył się pod referendum odwoławcze (inicjatywa ówczesnego burmistrza Ursynowa Piotra Guziała), które z inicjatywy de facto obywatelskiej, przerodziło się w igrzyska między PO i PiS. Potem pojawiła się koncepcja podziału województwa mazowieckiego w taki sposób, by wyodrębnić administracyjnie Warszawę i tym samym doprowadzić do wcześniejszych wyborów w stolicy. Problem w tym, że nawet tak rewolucyjna idea nie dawała PiS gwarancji przejęcia władzy w mieście, w którym od czasu prezydentury Lecha Kaczyńskiego w latach 2002-2005 (zanim został wybrany na prezydenta RP) nie udało się wygrać wyborów. Z tego względu coraz rzadziej mówi się o konieczności przyspieszonych wyborów samorządowych w całym kraju.

"Na Andrzeja Dudę"

Jednak w szeregach partii rodzi się kolejna koncepcja. Spekuluje się, że kandydatem PiS na nowego prezydenta Warszawy będzie 33-letni poseł, dawniej stołeczny radny Jarosław Krajewski (donosił o tym m.in. Fakt). Jeśli wierzyć tym plotkom, kierownictwo partii liczy na "efekt Andrzeja Dudy". A więc znów do gry zostanie wystawiony młody, aktywny lokalnie, choć nieopatrzony jeszcze polityk, którego jednym z głównych atutów będzie efekt świeżości. Sam Krajewski w rozmowie ze mną odcina się od tych spekulacji i nie chce ich skomentować. Ale jednocześnie tym rewelacjom nie zaprzecza.

Ta strategia - o ile dojdzie do skutku - oznacza kłopoty dla PO, w której szeregach trudno szukać podobnych kontrkandydatów, nie obciążonych polityczną hipoteką w postaci "związków z HGW". A sama Hanna Gronkiewicz-Waltz nie zamierza kandydować na kolejną kadencję (chyba że jednak dojdzie do przedterminowych wyborów - wówczas wystartuje tylko po to, by zrobić na złość Jarosławowi Kaczyńskiemu). Czy ten eksperyment się sprawdzi - trudno przewidzieć, choć z dzisiejszej perspektywy wydaje się to wątpliwe. Przeciętny warszawski wyborca zamiast docenić niewątpliwe sukcesy Krajewskiego (zmuszenie ratusza do ujawnienia wszystkich umów cywilnoprawnych zawieranych przez urząd), prędzej zwróci uwagę na jego barwy partyjne. A dla wielu mieszkańców stolicy hasło "dobra zmiana" wciąż działa odstraszająco.

Wojna na wyniszczenie

Podczas gdy PiS głowi się nad tym, jak wyrwać Warszawę z rąk PO, w tle rozgrywa się wojna na polityczne wyniszczenie, które już przybiera namacalne skutki. Władze Warszawy, wielokrotnie atakowane przez PiS za brak pełnej kontroli nad dziką reprywatyzacją działek objętych dekretem Bieruta, zostały niemile zaskoczone decyzją ministra Skarbu Państwa Dawida Jackiewicza, który wstrzymał wypłatę ostatniej transzy 200 mln zł z przewidzianej w ustawie kwoty 600 mln zł dla miasta.

Ta finansowa kroplówka miała pozwolić stolicy wypłacać odszkodowania dawnym właścicielom dekretowych działek. Czy środki zostaną odblokowane? Nie wiadomo - wpierw Warszawa ma wyjaśnić ministrowi, jak do tej pory wydawała pieniądze i czy na pewno potrzebna jest aż tak duża kwota. I to mimo że w samym PiS przyznają, że rocznie zasądzane koszty są wyższe niż te 200 mln.

Do rangi ogólnopolskiej draki urosła już - wydawałoby się czysto symboliczna - kwestia pomników smoleńskich. Jak ustaliliśmy (więcej we wtorkowym wydaniu „DGP”), jeśli konflikt się zaostrzy tzn. PiS odbierze stołecznemu konserwatorowi zabytków uprawnienia o decydowaniu o strefach UNESCO i przekaże je w ręce konserwatora wojewódzkiego, wówczas Warszawa wypowie zawarte przed laty porozumienie z wojewodą i w jednym momencie przerzuci na jego konserwatora kilka tysięcy spraw w toku, którymi do tej pory zajmował się konserwator stołeczny. Ratusz wie, że wojewoda nie ma tylu ludzi w zanadrzu, by z dnia na dzień przejąć te sprawy. A to oznacza administracyjny klops, w którym nie sposób uzyskać żadnego zezwolenia na jakiekolwiek prace czy remonty w bardziej reprezentacyjnych częściach miasta.

W końcu dekomunizacja ulic. Niby nikt nie podważa jej zasadności, a mimo to Warszawa i inne samorządy (np. Gdańsk, Słupsk) chcą wnieść sprawę do Trybunału Konstytucyjnego. Bo nie chcą, by wtrącano się w ich kompetencje. Równolegle opracowują nowe nazwy ulic - i tak np. ul. Cieszewskiego na warszawskim Ursynowie ma zostać przemianowana na St. Szenica, a J. Kędzierskiego na Bemowie na ul. Mikrofonową. Dlaczego?

Warszawa boi się, że sprawa pomników rozciągnie się na ulice. - Jeśli my nie nadamy nowych nazw, zrobi to za nas wojewoda. A to oznaczałoby, że przybyłoby ulic czy placów im. Kaczyńskiego, co byłoby kolejnym pretekstem do awantur - przyznaje jeden z warszawskich urzędników.

Aż strach pomyśleć, do czego doprowadzi ta licytacja i jak daleko zwaśnione strony są gotowe się posunąć - PiS, by wreszcie zdobyć oblężoną warszawską twierdzę oraz PO, by nie stracić jednego ze swoich ostatnich prestiżowych bastionów władzy. Wygląda na to, że spór ten prędzej (w przypadku przedterminowych wyborów) czy później (w 2018 r.) rozstrzygnie nie kto inny, lecz suweren.