Obecnie brakuje około 5 miliardów złotych na finansowanie programu 500 plus - przyznał Henryk Kowalczyk, minister w KPRM i szef Stałego Komitetu Rady Ministrów w rozmowie z "Pulsem Biznesu". Zapewnił jednak, że rząd nie będzie miał problemów ze znalezieniem tej kwoty.

W podobnym tonie wypowiedział się wiceminister pracy Bartosz Marczuk, gość poranka w radiu TOK FM. Jak wskazał, rząd sięgnie w tym celu do wpływów podatkowych.

Bądźmy bardzo precyzyjni. Minister Kowalczyk powiedział to w takim duchu, że w ogóle nie będzie żadnego problemu ze sfinansowaniem 500 plus w przyszłym roku, ponieważ mamy już w pierwszym półroczu wyższe wpływy z samych podatków o 9 miliardów złotych - tłumaczył Marczuk. - W 2016 roku wpłynie około 18 miliardów z podatków więcej. Jeśli program kosztuje 23 miliardy, to z samych wpływów podatkowych jesteśmy w stanie go zamknąć - podkreślił.

Prowadząca audycję Dominika Wielowieyska przypomniała jednak wypowiedź wicepremiera i ministra rozwoju Mateusza Morawieckiego o tym, że program 500 plus jest na kredyt. Wiceminister Marczuk nie zgodził się z tym twierdzeniem.

Nie jest na kredyt. Jest programem, który zagospodarowuje środki ze wzrostu gospodarczego na pomoc rodzinie. Nie jest to kredyt, tylko przetransferowanie pieniędzy - ocenił.

Nie chciał jednak rozmawiać o pomyśle obniżenia wieku emerytalnego. Wielowieyska wypomniała Marczukowi, że kiedy był jeszcze dziennikarzem, krytykował przedstawioną przez prezydenta Andrzeja Dudę koncepcję, aby wrócić do poprzednich zasad i pozwolić przechodzić na emeryturę mężczyznom w wieku 65 lat, a kobietom w wieku 60 lat.

"Nie ma żadnego powodu demograficznego, sprawiedliwościowego, społecznego, finansowego, aby obniżać wiek emerytalny w Polsce. Jeśli to zrobimy, największą cenę zapłacą już i tak niemiłosiernie w Polsce dyskryminowani młodzi ludzie" - zacytowała publicystka fragment wcześniejszej opinii Marczuka. "Zgłoszona przez prezydenta Andrzeja Dudę propozycji powrotu do wieku 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn jest szkodliwa dla państwa i obywateli. Daje ułudę krótszej pracy, podczas gdy wiadomo, że na dłuższą metę jest nie do zrealizowania. Dobrobyt i rozwój bierze się z pracy, a nie ze świadczeń".

Co innego być publicystą i opisywać rzeczywistość, a co innego być jednym z członków gabinetu. Wtedy trzeba zachowywać zdrowy rozsądek i zajmować się tym, do czego został człowiek powołany - uciął wiceminister Marczuk.