Jestem naciskany, bym powiedział to, co niektórzy chcą, żebym powiedział. Jeśli ktoś prowadzi do wojny domowej, to zobaczymy która strona się lepiej zorganizuje, bo nie pozwolimy sobie ubliżać - mówił w "Faktach po Faktach" na antenie TVN24 były prezydent Lech Wałęsa. Jako laureat pokojowego Nobla jestem nagabywany by powstała linia obronna dla ludzi, którzy wychodzą z kościoła. Nie będę miał wyboru, jak przyzwolić na ochronne zorganizowanie się, bo policja nas nie broni. Trzeba będzie stworzyć samoobronę do obrony praw i ludzi, którzy za tym prawem stoją. Ludzie odpowiedzialni, wy skończcie z tym, bo doprowadzicie do nieszczęścia - stwierdził.

Lech Wałęsa tłumaczył też dlaczego wyszedł z kościoła podczas mszy pogrzebowej Inki. Byłem na mszy, ja modliłem się szczerze za nieszczęsnych ludzi, ale kiedy włączono propagandę nie zamierzałem w tym uczestniczyć i wyprowadziłem się z tego miejsca - powiedział. Jeśli jesteśmy na ceremonii religijnej i się modlimy, to tylko duchowni powinni zabierać głos, a nie politycy. Niech oni nie opowiadają na mszach głupot  - zaznaczył.

 Nawiązując do słów prezydenta Andrzeja Dudy, że przez 27 lat wolna Polska nie potrafiła godnie pochować Żołnierzy Wyklętych zauważył, że nie mógł ryzykować polskiej krwi. Co ja nie chciałem zbrodniarzy rozliczyć? Gdybym ryzykował tak nieodpowiedzialnie, jak oni proponują to by ich nie było teraz na tym miejscu, bo to trzeba było mądrze rozwiązywać - stwierdził.

Jego zdaniem, gdyby za czasów jego kadencji wprowadzono system prezydencki i pozwolono mu rządzić dekretami, to dziś Polska wyglądałaby zupełnie inaczej. Przyznał jednak, że wtedy Sejm nie zgodził się na jego plan, a on nie zdecydował się siłą złamać oporu przeciwników. Mogłem wtedy złamać zasady, byłem silniejszy niż oni, ale umówiliśmy się na trójpodział władzy - podsumował.