– Kiedy rządzi PiS, mamy do czynienia z bałaganem i łamaniem procedur bezpieczeństwa, które mają chronić najważniejsze osoby w państwie – mówił na konferencji prasowej Marcin Kierwiński z PO. Beata Kempa, szefowa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, odpierała zarzuty: – Cywilna instrukcja HEAD nie została złamana w związku z ubiegłotygodniowym lotem delegacji rządowej z Londynu – powiedziała. Natomiast rzecznik rządu Rafał Bochenek w odpowiedzi na nasze pytania precyzował: – Cała instrukcja jest tajna. Natomiast to, co warto podkreślić, to z pewnością fakt, że procedury wynikające z instrukcji HEAD zostały dopełnione. Dla nas bezpieczeństwo w takich sprawach jest najważniejsze i lot z naruszeniem zasad nie mógłby się odbyć.

Według byłego wiceszefa MON w rządzie PO-PSL gen. Czesława Mroczka nie ma czegoś takiego jak „cywilna” instrukcja HEAD, a zasady przewożenia najważniejszych osób w państwie opisuje wydana w styczniu 2013 r. decyzja ministra obrony w sprawie wprowadzenia do użytku „Instrukcji organizacji lotów oznaczonych statusem HEAD w lotnictwie Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej’’. Dotyczy ona lotów najważniejszych osób w państwie. Niezależnie od tego, czym i z kim latają. – Nie ma czegoś takiego jak instrukcja cywilna. Nikt tego nie robił. Jest tylko jedna instrukcja HEAD-owska. Nie dwie. I to jest poza sporem – powiedział w rozmowie z Dziennik.pl. Podobnego zdania jest Maciej Lasek, były przewodniczący Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. – Nigdy nie słyszałem o czymś takim, jak cywilna instrukcja HEAD. Jest tylko jedna taka instrukcja: wojskowa. I prawdopodobnie w umowie między PLL LOT a Kancelarią Prezesa Rady Ministrów odnoszono się do niej. Ta wojskowa instrukcja stała się jawna dopiero po katastrofie smoleńskiej – powiedział w rozmowie z DGP Lasek.

Próbowaliśmy dopytywać Rafała Bochenka, czy próba dołączenia dziennikarzy do lotu premier Beaty Szydło z Londynu była realizowana w zgodzie z zapisami paragrafu 4 wspomnianej instrukcji MON-owskiej. Napisano w nim, że „Zapotrzebowanie na lot jest przekazywane nie później niż 24 godziny przed lotem, z zastrzeżeniem ust. 11”. W związku z tym należy przekazać: „liczbę pasażerów oraz ładunek (jeśli ma wpływ na osiągi statku powietrznego)”. Wspomniany ust. 11 przewiduje nagłe przypadki. Jednak i tutaj autor instrukcji próbuje wyeliminować element spontaniczności z organizowania lotu. Przytoczmy go w całości:

„W przypadkach nagłych dopuszcza się złożenie zapotrzebowania, o którym mowa w ust. 10, w terminie krótszym niż 24 godziny, umożliwiającym bezpieczne przygotowanie lotu i zabezpieczenie wizyty przez BOR, przy spełnieniu następujących warunków:
1) złożenie zapotrzebowania nastąpi nie później niż w czasie niezbędnym do zapewnienia przygotowania załogi i statku powietrznego do lotu;
2) miejscem lądowania statku powietrznego będzie lotnisko kontrolowane lub lotnisko wojskowe opisane w AIP;
3) organizujący lot w treści zapotrzebowania wykaże, że jest to sytuacja nagła”.

Czy wobec tego złożono zapotrzebowanie wynikające z sytuacji nagłej i czy organizator lotu w treści zapotrzebowania wykazał, że jest to sytuacja nagła? Jakich argumentów użyto? Dlaczego instrukcja „cywilna” HEAD, o której wspomniała minister Kempa, jest tajna, natomiast ta wydana przez MON w 2013 r. nie?

Oto odpowiedź Rafała Bochenka w kwestii instrukcji „cywilnej”: – Jest (ona – red.) załącznikiem do umowy zawartej w 2013 r. z przewoźnikiem (LOT-em) i jest tajna (umowa i załącznik do niej). Wszystkie procedury zostały dopełnione i mamy na to dokumenty. Nie było takiej sytuacji, żeby na pokładzie samolotu była większa liczba osób niż liczba miejsc. To jest fizycznie niemożliwe. Lista została zatwierdzona, nie było sytuacji, w której na pokładzie znajdowałoby się więcej osób, niż był w stanie pomieścić samolot.

Dopytujemy zatem, dlaczego część osób musiała opuścić maszynę? – Ostateczną decyzję co do lotu może podjąć pilot. Są pewne instrukcje i procedury i pewne decyzje może podejmować pilot. O szczegóły proszę pytać przewoźnika.

Co jest pewne? Fakt, MON-owska instrukcja HEAD nie została złamana z punktu widzenia składu VIP-ów na pokładzie. Według jej zapisów w samolocie nie mogli się znaleźć jednocześnie pani premier i jej pierwszy zastępca Piotr Gliński (Mateusz Morawiecki jest „zwykłym” wicepremierem). W naszej poniedziałkowej publikacji nie stwierdziliśmy, że złamano zasady przewożenia VIP-ów w tym punkcie. Zwracaliśmy natomiast uwagę, że jednocześnie w samolocie znaleźli się przedstawiciele rządu zajmujący się specyficzną i wrażliwą tematyką: oprócz pani premier i jej zastępcy reprezentanci resortów siłowych i dowódca operacyjny sił zbrojnych.

Wczoraj sprawę skomentował szef MSZ Witold Waszczykowski. – Nie było afery ani żadnych okrzyków pilota. Artykuł jest nieprawdziwy – powiedział w rozmowie z Wirtualną Polską. Pan minister najwidoczniej nie czytał tekstu w DGP. Nie ma w nim mowy o okrzykach pilota. Nie piszemy również o „aferze”. Takie sformułowanie nigdzie nie pada.

– Wyglądało to tak. Kilka miejsc w samolocie było wolnych. Zaproponowano więc dziennikarzom, by z nami polecieli, ale mieli duże bagaże i ostatecznie przesiedli się do casy – powiedział minister Waszczykowski w rozmowie z WP. „Kilka miejsc było wolnych” – zadeklarował szef MSZ. Dziennikarzy było 23. Kilka to nie 23. W zasadzie co oznacza sformułowanie: „kilka miejsc było wolnych?”. Ile konkretnie? I czy można sobie w przypadku takiego lotu pozwolić na swobodę w rachunkach?

Minister mówi, że siedział przy pani premier, a „ten dziennikarz (z DGP – red.) z tyłu”. I nic, w przeciwieństwie do ministra, nie słyszał. Nieprawda. Przez pewien czas – opuszczając embraera – dziennikarz DGP miał okazję dokładnie przyjrzeć się sytuacji. Łącznie z reakcją pilota, który choć nie krzyczał, był poirytowany zaistniałą sytuacją i przeciągającą się zwłoką.