Obecni sędziowie wchodzący w skład rady mają stracić swoje stanowiska w ciągu 90 dni od daty wejścia w życie nowych przepisów. – Zdaje się, że jest to swoista kara rządzących za działania rady, takie jak przedstawiane stanowiska w sprawie Trybunału Konstytucyjnego – przypuszcza rzecznik KRS Waldemar Żurek. – Mam prawo tak sądzić chociażby dlatego, że swego czasu jeden z członków rady, będący politykiem, na posiedzeniu KRS odbywającym się po tym, jak rada spotkała się z Komisją Wenecką w sprawie trybunału, powiedział wprost, że rada dopuszcza się zdrady wobec naszego państwa. Był to zarzut równie poważny jak absurdalny. Przecież rada spotkała się na wyraźną pisemną prośbę naszego ministra spraw zagranicznych – dodaje.

Projektodawcy tłumaczą, że bez skrócenia obecnych kadencji nie dałoby się wprowadzić w życie innych zmian zawartych w projekcie, np. nowego sposobu wyłaniania członków rady. Problem jednak w tym, że proponowane rozwiązanie budzi poważne wątpliwości konstytucyjne. – Mamy przecież wyraźny przepis ustawy zasadniczej, który mówi o tym, że kadencja członka KRS trwa cztery lata. Ustrojodawca nie przewidział więc żadnych odstępstw w tym zakresie – zauważa Mirosław Wróblewski, dyrektor Zespołu Prawa Konstytucyjnego i Międzynarodowego w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich.

Poza tym sędziowie podnoszą, że naruszona zostanie zasada równości wobec prawa. Wygaszeniu mają bowiem ulec jedynie kadencje sędziów wchodzących w skład rady, a kadencje posłów i senatorów już nie. – Jest coś takiego, jak pamięć instytucjonalna danego organu. Jeżeli teraz wygasimy kadencje nie wszystkich członków rady, tylko tych, którzy są sędziami, to ta pamięć zostanie podtrzymana tylko przez tych członków, którzy są politykami. To znacznie osłabi radę i spowoduje, że przez pewien czas nie będzie ona mogła w odpowiedni sposób wypełniać swoich obowiązków konstytucyjnych, a więc stać na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów – zaznacza Żurek.

Kolejna proponowana zmiana, która wywołała szok w branży, dotyczy sposobu wyłaniania sędziów wchodzących w skład rady. Do tej pory decyzje zapadały wewnątrz środowiska. Teraz procedura ma być taka sama, jak przy wyborze sędziów TK. Kandydatów na członka rady będzie zgłaszało albo prezydium Sejmu, albo grupa 50 posłów. Później kandydatury oceni marszałek Sejmu. On również zdecyduje, kto ostatecznie trafi pod głosowanie posłów. Innymi słowy, nowy skład rady niemal w całości ukształtuje Sejm. O ile jednak wybór sędziów Trybunału przez posłów ma zakotwiczenie w konstytucji (chodzi o zachowanie równowagi władz, TK jest bowiem negatywnym ustawodawcą, który może „skasować” to, co uchwalił Sejm), o tyle trudno znaleźć argumenty za wprowadzeniem takiego trybu do wyłaniania sędziowskich członków rady i tym samym powiązania KRS z Sejmem. Zadaniem rady jest bowiem przede wszystkim stanie na straży niezawisłości sędziów i niezależności sądów.

Projektodawcy czynią zmiany pod hasłem demokratyzacji wyborów do KRS. „Równe szanse na wybór do Rady zyskają wszyscy sędziowie, bez względu na szczebel sądu, w którym orzekają. Decydujące mają być kompetencje” – przekonuje resort. I dodaje, że dotąd przez ponad ćwierć wieku funkcjonowania Krajowej Rady Sądownictwa zasiadało w niej zaledwie dwóch sędziów sądów rejonowych.

To przecież jakiś absurd. Jaki sędzia sądu rejonowego położonego gdzieś na końcu Polski będzie miał taką siłę przebicia, aby dotrzeć do grupy 50 posłów i jeszcze przekonać ich, że to właśnie on świetnie nadaje się do tego, aby zasiadać w radzie? – pyta retorycznie jeden z sędziów. Jego zdaniem projektowany sposób wyboru członków KRS będzie miał skutek odwrotny od zapowiadanego przez ministerstwo.

– To ma służyć tylko jednemu: opanowaniu rady przez obecnych rządzących. Sędziowie mają być przecież wybierani przez Sejm zwykłą większością głosów, a to oznacza, że będą przechodzić tylko ci mający poparcie obecnej większości sejmowej – komentuje nasz rozmówca.