Wielkie Księstwo Warszawskie – tak przezwano pomysł PiS dotyczący przyłączenia do Warszawy kilkunastu sąsiadujących z nią gmin. Słabo uzasadniony projekt, oprócz fali złośliwych komentarzy, wywołał także polityczną burzę, a przede wszystkim obawę, że partia rządząca chce w ten sposób zagwarantować sobie fotel prezydenta stolicy w nadchodzących wyborach samorządowych w 2018 r. Wszak w wielu sąsiadujących z Warszawą gminach PiS cieszy się większym poparciem niż inne ugrupowania. Dołączenie tych konserwatywnych wyborców do stołecznego elektoratu mogłoby wpłynąć na to, kto za rok stanie na czele stołecznego ratusza.

Wzór działania pochodzi zza Atlantyku, gdzie udowodniono, że majstrowanie przy okręgach wyborczych to bardzo skuteczny chwyt. Praktyka ta zresztą doczekała się w Stanach Zjednoczonych nawet własnej nazwy – gerrymandering. Zgodnie z analizami przeprowadzanymi m.in. przez autorów "Washington Post", stosując ją, można zyskać kosztem rywali politycznych nawet kilkanaście miejsc w Izbie Reprezentantów w skali kraju (izba niższa amerykańskiego parlamentu liczy 435 miejsc).

Gerrymandering polega na ustalaniu granic okręgów wyborczych w taki sposób, aby zapewnić przewagę własnemu stronnictwu. Sam termin wywodzi się od Elbridge'a Gerry'ego, gubernatora stanu Massachusetts, który w 1812 r. po raz pierwszy upchnął wyborców przeciwnej partii w jednym okręgu wyborczym o wyjątkowo dziwnym kształcie, aby w ten sposób zwiększyć szanse swojego ugrupowania w pozostałych (gerrymandering to zbitka nazwiska polityka oraz słowa salamandra, ponieważ ów egzotyczny okręg przypominał kształtem małą jaszczurkę).

O ile u nas granice okręgów wyborczych pokrywają się z granicami gmin, o tyle w USA te wirtualne linie przebiegają często w poprzek podziałów administracyjnych. Jeden z okręgów wyborczych w Karolinie Północnej podczas wyborów do Kongresu 7 lat temu obejmował 24 hrabstwa (amerykański odpowiednik naszej gminy), chociaż tylko 5 z nich w całości. Po gerrymandering sięga się także przy ustalaniu granic okręgów w wyborach lokalnych, a nawet przy wyznaczaniu rejonów dla szkół publicznych.

Oryginalny pomysł Gerry,ego – aby zamknąć politycznych przeciwników w jednym (lub kilku, w zależności od stanu) okręgu – wciąż jest stosowany z powodzeniem. Dzięki tej taktyce oddaje się konkurentom pole w danej części stanu, w zamian za to zwiększając swoje szanse w innych. Jej skuteczność jest zdumiewająca. Dzięki sprytnemu wyznaczeniu granic okręgów w wyborach do Kongresu w 2012 r. republikanie z Pensylwanii dokonali cudu: chociaż demokraci uzyskali wówczas w stanie 51 proc. głosów, to zdobyli tylko 5 z 18 mandatów – mniej niż 1/3. Podobna sytuacja miała wówczas miejsce w Karolinie Północnej, gdzie pomimo poparcia 50,6 proc. wyborców demokraci zdobyli 4 z 13 mandatów.

Po taktykę sięgają zresztą zarówno republikanie, jak i demokraci. Wystarczy spojrzeć na wyborczą mapę stanu Maryland, który w Izbie Reprezentantów posiada osiem miejsc, z których siedem jest zajętych przez demokratycznych polityków. Trudno właściwie określić, jaki kształt ma 3. okręg wyborczy w tym stanie, poza tym, że przypomina test Rorschacha (test plam atramentowych). Podobne kwiatki można znaleźć w całym kraju– od Teksasu po Illinois. Oczywiście za wyjątkiem tych stanów, które mają w izbie niższej amerykańskiego parlamentu tylko jednego członka, tj. Dakoty Północnej.

Gerrymandering upowszechnił się na początku lat 90. wraz z gwałtownym rozwojem komputerów osobistych. Partyjni stratedzy mogli od tej pory za pomocą kilku kliknięć nanosić na mapy dane dotyczące przynależności etnicznej, zamożności czy dotychczasowych preferencji wyborców. To pomogło w precyzyjnym szlifowaniu granic okręgów z dokładnością co do przecznicy.

Warto jednak zwrócić uwagę, że w USA praktykę przerysowywania map wyborczych wymusza niejako sama konstytucja, która nakazuje co 10 lat aktualizować liczebność reprezentacji stanowych w Kongresie stosownie do zmian w ludności poszczególnych stanów. Robi się to na podstawie wyników spisów powszechnych prowadzonych co dekadę w okrągłych latach (następny odbędzie się więc w 2020 r.). Ustawa zasadnicza nie precyzuje przy tym żadnych kryteriów geograficznych dla kongresowych dystryktów.

Co więcej, za tworzeniem egzotycznych okręgów wyborczych czasami stoją dobre intencje, jak w przypadku 12. okręgu w Karolinie Północnej. Powstał on w 1992 r. jako tzw. minority-majority district, czyli okręg wyborczy, w którym większość wyborców stanowią przedstawiciele mniejszości etnicznej. Można je tworzyć na podstawie prawa federalnego z lat 60., aby zagwarantować reprezentację w Kongresie dla mniejszości etnicznych. To, że przy okazji osiągany jest cel zamknięcia wyborców danej partii w obrębie jednego okręgu, to inna sprawa.

Dwunastka w Karolinie Północnej nosi niechlubne miano najczęściej gerrymanderowanego w Stanach; w wyborach w 2012 r. miała 190 km długości, a w najwęższych miejscach nie była szersza niż pas drogowy szosy międzystanowej nr 85, wzdłuż której biegła (okręgi wyborcze muszą być ciągłe). Zderzenie dwóch wartości – zagwarantowanie reprezentacji parlamentarnej mniejszościom versus równość w dostępie do niej – kilka razy trafiało w USA przed oblicze Sądu Najwyższego. Ostatecznie granice dwóch okręgów w Karolinie Północnej (w tym dwunastki) zostały w ubiegłym roku zaskarżone do sądu federalnego, który nakazał władzom stanowym je zmienić. 8 listopada mieszkańcy Karoliny Północnej wybierali więc swoich przedstawicieli do Kongresu podług mniej zgerrymanderowanej mapy.

Zresztą majstrowanie przy granicach okręgów wyborczych jest praktyką być może tak starą, jak sama demokracja. Sięgnął po nią pod koniec VI w. p.n.e. ateński polityk Klejstenes, aby przeciąć raz na zawsze gordyjski węzeł interesów oplatających politykę w tym greckim mieście. W tym celu zreorganizował system fyli, okręgów wyborczych, z których wybierano członków do ateńskiej Rady Czterystu (później Rady Pięciuset).

Klejstenes najpierw podzielił Attykę – krainę, w której położone są Ateny – na trzy części: wybrzeże, miasto i wnętrze kraju. Każda z nich zawierała 10 mniejszych jednostek, trytii. Trik, do którego uciekł się polityk, polegał na tym, że od tej pory fyle składały się z trzech trytii, ale każda musiała należeć do innego regionu. W ten sposób Klejstenes poszedł w poprzek dotychczasowemu układowi, w którym interesy często splatały się z geografią (możni wpływali np. na swoich dłużników z okolicy). W obrębie każdej fyli musieli zacząć dogadywać się ludzie, których często poza przynależnością wyborczą nic nie łączyło.

Majstrowanie przy granicach okręgów wyborczych nie jest tylko amerykańską domeną. Do tego właśnie sprowadzały się zmiany wprowadzone w 1986 r. we Francji, gdzie na polecenie Jacques’a Chiraca ówczesny minister spraw wewnętrznych Charles Pasqua przerysował mapę wyborczą V Republiki. Pasqua, cyniczny gracz i zwolennik maksymy, że demokracja kończy się tam, gdzie zaczynają interesy, postawił przed nową ordynacją proste zadanie: ma zagwarantować zwycięstwo w wyborach francuskiej prawicy. Udało mu się to wybornie.

Francja podzielona jest na departamenty i podstawowa zasada mówi, że każdy departament musi mieć przynajmniej dwóch przedstawicieli w 577-osobowym Zgromadzeniu Narodowym. Okręgi wyborcze znajdują się w obrębie departamentów i Pasqua dopilnował, by nowa mapa faworyzowała silniejszą w mniejszych ośrodkach prawicę. Z tego względu okręgi znacząco różniły się pod względem ludności; najmniejszy, 2. okręg w Lozere, liczył 35 tys. mieszkańców; największy, 4. okręg w Hauts-de-Seine, już 123 tys. Z tego względu, jak wyliczył francuski politolog Michel Balinski, dwa głosy z Lozere liczyły się jak siedem głosów z Hauts-de-Seine.

Efekt stworzenia nowej mapy wyborczej był zdumiewający. W pierwszych wyborach zorganizowanych po reformie (w 1988 r.) prawica zgarnęła łącznie 485 z 577 miejsc w Zgromadzeniu Narodowym. Dzięki machinacjom Pasqua 58 proc. głosów w drugiej rundzie (we Francji parlamentarzystów wybiera się tak jak u nas prezydenta, czyli istnieje możliwość dogrywki) przełożyło się na 84,5 proc. mandatów. Lewica, chociaż zdobyła 35,8 proc. głosów, otrzymała zaledwie 15,8 proc. mandatów. W efekcie zmiana granic okręgów wyborczych jeszcze przez wiele lat sprzyjała faworyzowaniu ugrupowań prawicowych.

Równie skutecznie można wpływać na wynik wyborów majstrowaniem przy ordynacji wyborczej. Doskonałym przykładem są Włochy, gdzie poprzedni premier Matteo Renzi przeforsował reformę prawa wyborczego zwaną w kraju Italicum. Przewidywała ona, oprócz wielu innych zmian (w tym ograniczenia roli i liczebności senatu), przyznanie ugrupowaniu, które zwycięży w wyborach, bonusu pod postacią dodatkowych mandatów gwarantujących większość parlamentarną.

Italicum, które we Włoszech wywołało silny sprzeciw, w tym ze strony konstytucjonalistów, okazało się jednak obosiecznym mieczem. Nową ordynację uchwalono w połowie 2015 r., kiedy Renzi był na fali i wszystko wskazywało na to, że doprowadzi do zwycięstwa Partii Demokratycznej również w wyborach parlamentarnych w 2018 r. W drugiej połowie ubiegłego roku jednak na prowadzenie w sondażach wysunął się Ruch Pięciu Gwiazd, wobec czego realna stała się perspektywa, że niepodzielną władzę we Włoszech obejmie ugrupowanie antyeuropejskie i populistyczne. Ostatecznie Italicum zostało pogrzebane przez wynik listopadowego referendum, w którym Włosi opowiedzieli się przeciw reformie konstytucji, pod którą skrojono nową ordynację.

Wracając na chwilę do Warszawy, wcale nie jest pewne, że po wejściu w życie reformy Prawu i Sprawiedliwości udałoby się zwyciężyć w wyborach na prezydenta stolicy. Chociaż w wielu gminach sąsiadujących z Warszawą PiS cieszy się większym poparciem niż chociażby Platforma Obywatelska, to – w zależności od przyjętego wariantu, czyli jak wiele gmin zostanie włączonych w obręb stolicy – mogą nie mieć wystarczającej liczby mieszkańców, aby przeważyć.

Jak podliczyli autorzy DGP Tomasz Żółciak i Grzegorz Osiecki na podstawie wyników wyborów do Sejmu z 2015 r., jeśli w takich wyborach (w wariancie przyłączenia tylko gmin sąsiadujących z Warszawą) na kandydata PiS zagłosowaliby także wyborcy Kukiz,15 i Korwin-Mikkego, a do kandydata opozycji trafiłyby głosy Nowoczesnej, lewicy i PSL, to i tak kandydat opozycji miałby przewagę 52 do 46. Oczywiście realizacja takiego scenariusza zakłada, że każdy z tych bloków wystawi jednego kandydata – co oczywiście wcale nie jest takie pewne. I, co równie oczywiste, także brane pod uwagę w kalkulacjach politycznych.