Autor artykułu zwraca przede wszystkim uwagę na zarzut opieszałości, jaki świadkowie wypadku formułowali wobec służb ratowniczych. Jeden ze świadków, Marek Kamola, właściciel firmy budowlanej, którego ford transit uczestniczył w tym tragicznym wydarzeniu, opowiada „Rzeczpospolitej”, że kiedy pojawił się na miejscu wezwany przez swojego pracownika kierującego busem, służb jeszcze nie było. Jak przekonywał go jego kierowca, tuż przed wypadkiem jechał z prędkością około 80 kilometrów na godzinę, ale „uderzył w auto posła może przy 30”.

Według rozmów Kamoli z pasażerami innego busa, który minimalnie uniknął zderzenia z samochodem posła sunącym po szosie w poślizgu, Rafał Wójcikowski wysiadł z samochodu i z latarką w ręku miał oglądać uszkodzenia pojazdu.

Potem podobno wsiadł do auta – dodaje rozmówca „Rzeczpospolitej”.

Co zwróciło uwagę świadków oraz zostało potwierdzone przez prokuraturę, w samochodzie posła nie było akumulatora. Stał – jak to określił Marek Kamola – 20 metrów dalej, przy barierkach. Wypadnięcie prawidłowo zamontowanego akumulatora jest mało prawdopodobne, dodaje biegły w rozmowie z „Rz”.

Łódzka prokuratura w piątek ma przeprowadzić eksperyment dotyczący okoliczności wypadku – z udziałem śledczych, policji i biegłych.