"Polityka" przytacza historię Waldemara K. To w jego przypadku pojawiły się pierwsze publiczne informacje o szykanach w SKW. Misiewicz nazwał go "chorym, 60-letnim pracownikiem administracyjnym, który i tak już odszedł ze służby". To zdanie, w którym nie ma ani jednego prawdziwego słowa (...) Waldemar K. miał 50 lat, nadal był w służbie i to nie jako pracownik administracyjny, ale pułkownik kontrwywiadu z 20-letnim stażem. (...) K. zajmował się kontrolą przetargów i wydawaniem certyfikatów bezpieczeństwa dla firm współpracujących z polskimi służbami. Przez jego ręce przechodziły nie tylko przetargi na zamówienia dla tajnych służb, ale też najważniejsze zakupy dla polskiej armii (…) – opisuje "Polityka".

K. brał też udział w pracach Centrum Europejskiego Kontrwywiadu NATO, co "sprowadziło na niego czarne chmury". Po przejęciu – w listopadzie 2015 roku - SKW przez ludzi Macierewicza pułkownik miał się skarżyć na naciski i złą atmosferę w pracy. – Miał dostarczać informacji o rzekomo podejrzanych firmach zaopatrujących Centrum, choć do żadnej nie miał zastrzeżeń. Nie chciał dać się wciągnąć w polityczne gry nowej ekipy – mówi "Polityce" znajomy Waldemara K. z SKW.

Pułkownik miał być też straszony prokuratorem, grożono mu oskarżeniem o przyjęcie łapówki. Waldemar K. wpadł w depresję i w maju 2016 roku powiesił się we własnym garażu.

Sprawa śmierci Waldemara K. była badana przez prokuraturę. W śledztwie padało nazwisko przełożonego K. – Marusza K. Pułkownik miał się często skarżyć się na niego. – Padały też nazwiska innych członków kierownictwa SKW, którzy podobno wiedzieli o całej sprawie i nie reagowali. Ale w końcu nawet najbliżsi koledzy Waldemara K. z SKW, którzy pozostali w służbie, nagle stracili pamięć - opisuje "Polityka". W tle miały być naciski i groźby wobec wszystkich, którzy ośmieliliby przerwać zmowę milczenia. Finalnie śledztwo zostało umorzone.