Nie to, że wciąż wspominam [poranek 10 kwietnia - red.], ale oczywiście gdzieś tkwi w pamięci, jako moment szczególnie trudny, bo najpierw miałem telefon od ministra spraw zagranicznych. Najpierw z informacją, że prawdopodobnie doszło do katastrofy. A następnie telefon, że katastrofa została potwierdzona i, że zginął prezydent, a ja, jako marszałek sejmu przejmuję odpowiedzialność i przejmuję funkcje głowy państwa, łącząc te dwie funkcje jednocześnie - opowiadał na antenie Radia ZET o katastrofie smoleńskiej były prezydent, Bronisław Komorowski.

Tak, wie pan, już nie było czasu na żadne rozważania, na jakieś przeżywania i rozterki, tylko po prostu trzeba było się brać za robotę, wsiadałem w samochód, wracaliśmy wtedy spoza Warszawy. I po drodze wykonałem już dziesiątki telefonów. Po drodze spotkał nas samochód borowski, który jechał z naprzeciwka, odebrał nas, a ja cały czas na telefonie, bo to były telefon, które oznaczały po pierwsze konieczność potwierdzenia wypadku, po drugie zbadanie okoliczności prawnych, w których ja się znalazłem, a po trzecie już rozpoczęcie normalnych przygotowań do podjęcia decyzji stabilizujących państwo w obszarze wojska, w obszarze NBP, w obszarze kancelarii prezydenta, itd - dodał.

Były prezydent nie uważa jednak, że to sama katastrofa doprowadziła do głębokiego podziału społeczeństwa. Myślę, że o wiele trudniej się żyje w Polsce podzielonej w wyniku popsucia, takiego świadomego złamania nastroju wspólnoty, która powstawała w wyniku żałoby - stwierdził.  Jego bowiem zdaniem, to nie jest problem braku umiejętności łączenia i życia ponad podziałami, ile świadome wykorzystanie żałoby i klimatu katastrofy, który powstał w wyniku katastrofy, do takiej bieżącej walki politycznej. To rzeczywiście na trwałe podzieliło, nie brak polskich umiejętności życia razem pomimo różnic, tylko świadome i dosyć cyniczne wykorzystanie żałoby jako oręża politycznego, do walenia w głowę konkurencji politycznej - ostro krytykował Komorowski.

To mogła, to była niebywała szansa tak, jak to z Polakami bywa, w nieszczęściu czasami łatwiej jest o jedność, tak było przy różnych dramatach wojennych, w tym wypadku, no jednak konkretne środowiska doszły do wniosku, że bardziej im się opłaca trochę albo zawłaszczyć żałobę, ale przede wszystkim uczynić z niej oręż polityczny, psując szanse na wspólnotowe przeżycie katastrofy i jej skutków - dalej tłumaczył prezydent

Jako przykład politycznych ataków, Komorowski wskazał to, co działo się wokół niego. Wie pan, po co tu sięgać daleko, ja sam znalazłem się w oku cyklonu nie dlatego, że jakikolwiek, w najmniejszym stopniu brałem udział w przygotowaniach do wyjazdu prezydenta do Smoleńska, do Katynia, tylko dlatego, że tak mnie zakwalifikowali moi przeciwnicy. Więc ja się koncentrowałem na stabilizacji państwa. A mimo to stałem się obiektem ataków, nieprawdopodobnych ataków od samego początku, od samego początku także w żałobie, która koncentrowała się pod pałacem prezydenckim też się przełamywało to, czy to będzie wspólnotowe, czy będzie osobne. Każda próba wspólnotowego przeżycia tego dramatu spotykała się z natychmiastową odprawą ze strony konkurencji - opowiadał.

Prezydent zapewniał też, że fundament państwa polskiego sprawdził się w stu procentach, bo zadziałała konstytucja. Dlatego też nie zgodził się z Konradem Piaseckim, że państwo w sprawie katastrofy nie zareagowało sprawnie na katastrofę. Wie pan, to takie rozważania trochę bez sensu, proszę wybaczyć, ale gdzie na świecie zdarzyła się podobna katastrofa? Można raczej, chyba sensowniej jest dociekać tego czy sam fakt takiej katastrofy jakoś naznacza państwo polskie negatywnie, bo sam fakt wychodzenia z tej katastrofy, według mnie, naznacza pozytywnie. Bo udało się uruchomić program zarówno wyciągnięcia wniosków z katastrofy, mam w tym swój udział, jak i jakby odbudowanie państwa polskiego, jeśli chodzi o jego zdolność zarządzania i kryzysem i sytuacją postkryzysową - zauważył. 

Jego zdaniem, nie można też mówić, że państwo nie sprawdziło się po katastrofie smoleńskiej, bo konstytucja i mechanizmy przekazywania władzy zadziałały w stu procentach. Odrzucił też tezę, że po katastrofie ludzie poczuli się zagubieni. Tak to już jest proszę pana, że o wiele łatwiej jest ludzi, pewne kategorie ludzi przekonać do każdej spiskowej teorii, niż do logiki, jeśli ta logika boli. A boli oczywiście, każdego przeciętnego Polaka i słusznie, bolało to przekonanie, że prezydent w ogóle nie powinien lecieć w taką pogodę, a tym bardziej lądować w Smoleńsku. Tak państwo polskie powinno zadziałać, panie prezydencie, powinien powiedzieć pilot, mieć tą odwagę nie wolno nam lądować w takich warunkach. Ale tak nie powiedział. Ale czy należy oskarżać państwo polskie, wydaje mi się to przesadą, bo to są błędy konkretnych osób, brak odwagi w powiedzeniu prezydentowi nie lecimy, albo powiedzenie, odważne powiedzenie panie prezydencie na tym lotnisku w ogóle nie wolno lądować - zauważył.

Zapytany, czy potępia protestujących, którzy choćby blokują prezesowi PiS wjazd na Wawel, by odwiedzić grób brata, odpowiedział, że byłoby mu łatwiej to skrytykować, gdyby nie całe właśnie doświadczenie lat siedmiu. To jest stara zasada kto sieje wiatr, ten zbiera burzę - zauważył. To tyle było nienawiści, ja jej doświadczałem w najwyższym stopniu, tyle nienawiści, aż po prawie, po wypędzanie diabła z pałacu prezydenckiego, tyle było nienawiści, że trudno się dziwić, można ubolewać, ale trudno się dziwić, że dzisiaj jest taka reakcja - stwierdził.

Dziwić się nie dziwię, nie, ja nad tym ubolewam, ale wie pan, jeszcze raz mówię, no myślę sobie: sieliście tyle lat wiatr, zbieracie burzę. Może ta burza jest zresztą nieduża, ale oczywiście jest przykrością pewną i jest rzeczą, której nie powinno być, ale to powiedziałbym pytanie raczej do tych, którzy przez siedem lat urządzali egzorcyzmy przed pałacem prezydenckim, którzy wyklinali, wymyślali jakieś wersje zbrodnicze, obciążające i państwo polskie i konkretnych ludzi i, którzy do dzisiaj się nie rozliczyli ze swojego siania nienawiści przez tyle lat - stwierdził były prezydent.

Na koniec rozmowy prezydent skomentował też, to co dzieje się w wojsku. Jest w polityce i w pracach wywiadów - szczególnie rosyjskiego - stosowana zasada wykorzystywania użytecznych idiotów. Takich ludzi, którym się wydaje, że robią coś niesłychanie ważnego dla swojego kraju, a tak naprawdę są wykorzystywani do realizacji gry innego mocarstwa. Macierewicz jest cząstką zbiorowego zjawiska pt. użyteczni idioci wykorzystywani przez Rosję - ostro ocenił działalność szefa MON Komorowski.

Jego zdaniem, Kreml może być zadowolony z beztroski w likwidowaniu struktur i dorobku wolnej Polski, w postaci generałów. To coś nieprawdopodobnego. Tego rodzaju czystek nie było nigdy. Nawet bolszewicy dbali o to, żeby nie naruszyć kadr sił zbrojnych, bo były one gwarancją bezpieczeństwa - podsumował.