Pamiętacie Franka Underwooda i jego demoniczną żonę Claire? Ta para knuła i spiskowała, wycinała ludzi, przeprowadzając w bezwzględny sposób swoje plany, walcząc i zdobywając to, co w polityce jest najcenniejsze: władzę. To także dzięki serialowi "House of Cards" (premiera piątego sezonu już 30 maja) my, wyborcy, lubimy myśleć o polityce jako Wielkiej Grze. Szachowej rozgrywce, w której arcymistrzowie władzy mierzą się w dyplomatycznych starciach. Zanurzeni w świecie popkultury – lecz także bombardowani narracjami sprytnych partyjnych spin doktorów, którzy suflują nam swoją wizję świata – jesteśmy w zasadzie bezbronni. Dlatego podjęłam się karkołomnej próby zdrapania z politycznej rzeczywistości tego marketingowego pozłotka. Stworzenia publicystycznego studium przypadku: opisu tego, co się wydarzyło, dlaczego, w jaki sposób, co o tym mówiono. I wreszcie: co z tego wynika. Padło na „sprawę Brutuska”, jak niektórzy określają brukselską awanturę o wybór Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej. Jeszcze jest świeża, wciąż budzi emocje, ale po kilku tygodniach można już do niej podejść z pewnym dystansem.

Coś się stało

Fakty są powszechnie znane: w czwartek, 9 marca, około godziny 16.50 w świat poszła informacja, że przywódcy krajów unijnych zdecydowali się przedłużyć o kolejne dwa i pół roku kadencję Donalda Tuska na stanowisku szefa Rady Europejskiej. Za jego kandydaturą głosowało 27 krajów. Sprzeciwiła się tylko Polska. Wynik 27:1 oznaczał porażkę strony rządowej. Wielką porażkę. – O tym, że d..a zbita, wiedzieliśmy już we wtorek. Ale ze skali przegranej zdaliśmy sobie sprawę dopiero tego dnia – przyznaje prominentny polityk PiS. Nie byli przygotowani na przegraną w takim złym stylu. – Te komentarze Waszczykowskiego, że „nieważne, kto nas popiera”, dramat – sarka. Było przykro. Nowy-stary szef RE zbierał gratulacje, w świat poszły słowa o solidarności europejskiej, Platforma mówiła o dumie i zwycięstwie.

A PiS przystąpił do pudrowania rzeczywistości. Na naprędce zorganizowanej konferencji prasowej rzeczniczka partii przekonywała: ta decyzja nie jest żadną porażką. Gratuluję odwagi premier Beacie Szydło i szefowi MSZ Witoldowi Waszczykowskiemu. A wiceprezes PiS Joachim Brudziński pisał na Twitterze: „Premier Beata Szydło swoją twardą i bezkompromisową postawą wobec kandydata A. Merkel dała dowód, że jest dumną Polką i Europejką. Szacun”. To samo mówił w Brukseli prezes PiS Jarosław Kaczyński: o odzyskiwaniu podmiotowości, że Polska nie jest „pochyłą wierzbą”, na którą każdy może wskoczyć. I że w dłuższej perspektywie to się opłaci. Donald Tusk za brak lojalności wobec swojego państwa został pozbawiony prawa do występowania pod biało-czerwoną flagą. Przekaz został utrwalony i w kolejnych dniach wątek dumy narodowej, przeciwstawienia się silniejszemu przeciwnikowi będzie powtarzany. Jak również ten o braku demokratycznych reguł w Unii, dyktacie starych państw członkowskich nad nowymi i biedniejszymi. Jednak osoby związane z Prawem i Sprawiedliwością nie kryją, że to był łomot, z którego do dziś się nie otrząsnęli. – Gdyby poparły nas choć dwa–trzy państwa, już wyglądałoby to inaczej. A tu nawet ulubione Węgry i Wielka Brytania pokazały nam środkowy palec – mówi jeden z nich. Jednak to nie był koniec wpadek.

Kilka dni po reelekcji szef MSZ mówił mediom, że ma ekspertyzy, z których wynika, że Tusk został wybrany w sposób, który można zakwestionować na poziomie prawa europejskiego – co zostało odebrane jako zarzut sfałszowania wyborów. Oraz że „zastanawiają się”, czy ich nie podważyć. Rzecznik rządu zaprzeczał. Przekaz się rwał, a poparcie dla PiS w sondażach zaczęło spadać. W partii, w której (jak zresztą w każdej) funkcjonuje kilka frakcji i ścierają się różne wpływy, zaczęła się nawalanka i szukanie winnych. Nie, okręt jeszcze nie tonie, ale pojawiły się trudne do zatkania dziury.

Dlaczego się to stało

Jeszcze na początku maja 2016 r. Ryszard Czarnecki, europoseł PiS, w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” deklarował, że jego ugrupowanie poprze Donalda Tuska w staraniach o reelekcję do RE: „Kaczyński ma swoje zasady. Jedną z nich jest popieranie Polaków na stanowiska międzynarodowe, niezależnie od opcji politycznej, jaką reprezentują nasi rodacy. Platforma Obywatelska, atakując europosła Janusza Wojciechowskiego kandydującego do Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, złamała niepisaną zasadę obowiązującą w polskiej polityce: głosujemy na swoich. Ale Jarosław Kaczyński nie poświęci zasad w imię rewanżu. Jeśli Tusk nie zostanie ponownie szefem Rady Europejskiej, to nie na skutek akcji rządu Prawa i Sprawiedliwości, lecz braku poparcia innych państw. Nasze będzie miał: w przeciwieństwie do jego macierzystej partii nasz lider nie złamie zasady mówiącej, że Polak głosuje na Polaka”. Co się wydarzyło, że plan uległ zmianie?

Kilku moich rozmówców z kręgów PiS przyznaje, że „akcja Brutusek” nie była wynikiem żadnego przemyślanego, dobrze przygotowanego planu, ale dość spontanicznym przedsięwzięciem, decyzją podjętą na chybcika i zrealizowaną po amatorsku. – Nie wyjaśniono społeczeństwu, po co to wszystko. Najpierw długo unikano podjęcia decyzji, nie było wiadomo: poprzemy, a może nie poprzemy, a potem w tydzień spiep...o wszystko – ocenia osoba zbliżona do rządu. I komentuje, że na poziomie marketingu politycznego wyglądało to tak, jakby odpowiadał za niego dresiarz z blokowiska. Taki, który w znanej anegdocie na pytanie: „A po co ci głowa?” odpowiada: „Jem niom”. Brak spójności przekazu był także widoczny wewnątrz ugrupowania. Równolegle, przez różne grupy, forsowanych było kilka scenariuszy. Pierwszy, że lepiej Tuska poprzeć, a przynajmniej nie wchodzić mu w drogę, niech sobie siedzi w tej Brukseli, nie przeszkadza, a w kraju jeszcze by zjednoczył opozycję i narobił kłopotów. Drugi scenariusz, że lepiej by było go mieć teraz w Polsce, niż miałby tryumfalnie wrócić tuż przed wyborami, pachnący Europą. Jak posiedzi tutaj, to się opatrzy, zużyje, a poza tym będzie można go zgrillować na rumiano. Bo PiS nie chodzi o to, żeby ubić Tuska, ale żeby go gonić. Prawdę mówiąc, oba scenariusze, gdyby dobrze wypełnić je treścią, mogłyby zostać rozegrane na korzyść ugrupowania. Pod warunkiem jednak, że nie byłyby zaklinaniem rzeczywistości, ale zdecydowanym i skutecznym działaniem. Ale do tego należałoby mieć moc sprawczą, podczas gdy w tym przypadku sprawy wymknęły się z rąk.

Według relacji jednego z „dużych” polityków Prawa i Sprawiedliwości podejmowanie decyzji „poprzeć czy nie” wyglądało w następujący sposób: Czarnecki udziela tego – autoryzowanego zresztą przez Nowogrodzką – wywiadu, ale zanim tekst się ukaże, pojawia się informacja, że Unia chce karać finansowo kraje, które będą odmawiały przyjmowania uchodźców. Politycy PiS się wściekli, ale decyzje jeszcze nie zapadły, czekali, co będzie dalej, jak się zachowa Tusk. Nastąpiło „zamrożenie”, przy pewnym usztywnieniu stanowiska. Wciąż jednak była uchylona furtka. To prawda, że stanowiska się ścierały. „Mały pałac” był za wersją soft, a kiedy już było wiadomo, że Tusk nie dostanie poparcia, forował wersję milczącą, bez wykonywania gwałtownych gestów. Klub parlamentarny i Nowogrodzka skłaniały się do ostrej wersji.

Decyzję – jak zwykle – podjął Jarosław Kaczyński, ale wcześniej został do tego przekonany przez swoich współpracowników. Nie bez znaczenia były niepokojące słupki sondaży. Kiedyś w PiS poważnie rozważano następującą ewentualność: dzięki programowi „Rodzina 500 plus” powinni uzyskać poparcie tak duże, że mogliby zdecydować się na przyśpieszone wybory. Wygrać je w cuglach i, mając taką podwójną legitymację społeczną do rządzenia, już na całego wprowadzać dobrą zmianę. W takim przypadku wojna z Tuskiem jest zbędna. Ale w połowie roku poparcie stanęło na 37 proc., więc wybory stały się nieaktualne – oznaczałyby konieczność montowania koalicji. Wobec tego można spróbować skopać Tuska.

Jako autor pomysłu brukselskiej szarży jest wskazywany właśnie Ryszard Czarnecki, któremu, podobnie jak Adamowi Bielanowi, prezes ufa. Zresztą usłyszał to, co chciał usłyszeć: to się musi udać, nawet jeśli nie zablokujemy tej kandydatury, to poważnie Tuska osłabimy – za granicą, ale głównie w kraju. Jak dorzucimy do tego oskarżenia w sprawie Amber Gold i SKW, to wyjdzie z tego mocno poharatany.

– Kaczyński nie jest głupi, ale uwielbia grać va banque. Gdyby wygrał tę potyczkę, stałby się królem podwórka – komentuje jeden z aktorów sceny politycznej. Niestety, tym razem przelicytował, choć jest genialnym strategiem. Łatwo o to, kiedy w grę wchodzą duże emocje, a prezes ma tysiące powodów, aby nienawidzić Donalda Tuska. Za brata, za POPiS, za całokształt. Inna sprawa, że Tusk też grał ostro, prowokował. Wszędzie zabiegał o poparcie swojej kandydatury, tylko nie w Polsce, nie zdobył się nawet na napisanie grzecznościowego listu w tej sprawie do premier Beaty Szydło. Za to często dawał do zrozumienia, że jego serce bije po stronie opozycji. Przełomowym momentem było jego wystąpienie we Wrocławiu, w połowie grudnia zeszłego roku, podczas finału Europejskiej Stolicy Kultury. Traktowało nie o kulturze, jak było w założeniach, ale „z oczywistych powodów” o demokracji i jej zagrożeniach. Unijny dyplomata, bo w tej roli wystąpił, sugerował, że sytuacja w Polsce zmierza ku dyktaturze. Jeśli zamiarem byłego szefa Platformy, a wszystko na to wskazuje, było rozsierdzenie politycznych przeciwników, to mu się udało.

Jak się to stało

– Żeby była jasność: plan osłabienia i sponiewierania Tuska miał duże szanse powodzenia – mówi polityk związany z PO. Zawiodło wykonanie.

O tym, że jego realizacja była potworną amatorszczyzną, mówią zresztą wszyscy, z politykami PiS na czele. Ci ostatni chętnie obwiniają za porażkę ministra Witolda Waszczykowskiego. – Chaos, żeby nie powiedzieć burdel. Jakiś planik zamiast planu, w dodatku bez przeprowadzenia poprawnej diagnozy jego skutków – irytuje się jeden z nich. Mówi, że można było to lepiej rozegrać, ale w pokera gra się na zimno, nie na emocjach. Zamiast walić w Tuska, trzeba było pójść w dyskusję o przyszłości Unii Europejskiej. Był na to dobry moment. Zamiast tego wybrano ścieżkę prowadzącą do klatki z tabliczką „antyeuropejskie dziwolągi”. Z dziwolągami nikt nie gada, nie traktuje ich poważnie. A one w dodatku nawet nie zadbały o to, żeby zrobić przygotowanie do brukselskiej szarży. Gdzie była nasza dyplomacja? Ktoś powinien przeprowadzić wcześniej „ostrzał artyleryjski”. Wyszło zaś „hajda na Soplicę”. Bo nawet mając w zanadrzu prawdziwego asa, jakim był Jacek Saryusz-Wolski, rządowi dyplomaci dali go sobie zatłuc atutową blotką.

Ale po kolei. Urabianie Saryusza-Wolskiego trwało od jakiegoś czasu. O jego kandydaturze jako niezłej alternatywie dla Donalda Tuska publicznie powiedział po raz pierwszy Jarosław Gowin w październiku ubiegłego roku, ale – jak mówi osoba bliska Jarosławowi Kaczyńskiemu – on tylko „chlapnął”, ale sprawie nie nadano wtedy dalszego biegu. To Czarnecki miał przekonać prezesa, że szanowany na unijnych salonach dyplomata może być przydatny w tej rozgrywce. Doświadczony, z wielką wiedzą i zasługami, a przy tym bardzo ambitny i niedoceniany przez kolegów z PO, z którymi nie znajdował wspólnego języka. Kiedy się z nim wreszcie PiS dogadał, było bardzo mało czasu na przygotowania zagrania tą kartą, ale jeszcze mogło się udać.

– Jednak Waszczykowski, zamiast spotykać się ze znaczącymi ludźmi z krajów unijnych, wybrał biesiadowanie z polskimi europosłami – wyzłośliwia się pisowski polityk. Nie została także wykorzystana wizyta w Warszawie brytyjskiego konserwatysty, byłego szefa MSZ Malcolma Rifkinda na tzw. Forum Belwederskim. Była szansa, żeby uzyskać poparcie dla Saryusza, zabrakło umiejętności i chęci. Inna sprawa, że niektórzy politycy unijni obiecywali poparcie, a potem się wypięli. – Taka historia: spotykają się nasza premier, prezydent Malty, Saryusz-Wolski, towarzyszy im jeden z przedstawicieli Rady Europejskiej. Spotkanie ma na celu wysondowanie, jak zostanie przyjęta kandydatura Wolskiego. Informacja, że PiS ma taki pomysł, natychmiast trafia do Tuska i zaczyna się awantura, pociąganie za sznurki. W efekcie taki Joseph Daul, szef frakcji ludowej, który jednego dnia zapewniał: „Jak zadzwoni Merkel, to ja cię Jacku poprę”, na drugi dzień zmienia zdanie. Albo taki Orbán. Obiecał, że poprze rządowego kandydata, uśmiechał się. I nauśmiechał – relacjonuje.

Inny polityk, bliższy opozycji, także się śmieje. Orbán jest cwanym, pragmatycznym politykiem i błyskawicznie wykorzystał okazję, żeby rząd PiS wyszedł na głupka. Pierwotny plan, całkiem chytry, był taki, że polski dziennikarz miał zapytać posła Fideszu, co myślą o Saryuszu-Wolskim, a ten miał odpowiedzieć, że rozważają jego kandydaturę. Ale Orbán zabronił tego, zakazał mówienia i robienia czegokolwiek, co uderzy w Tuska. – Po co mu było iść na wojnę z Unią, ona ma własne problemy wizerunkowe, był zachwycony, że teraz Kaczyński i Polska będą robiły za Czarnego Luda w Europie – opowiada. No, jeszcze jest Turcja, ale Erdogan ma za sobą poparcie Amerykanów, więc mu więcej wolno. Jak nie wiesz, co zrobić, spójrz na mapę – ironizuje. Mówi, że PiS dał się ograć. Chciał załatwić Tuska, a wyszli na nieudaczników, dostali gębę antyeuropejskich oszołomów, którzy pewnie będą chcieli wyprowadzić Polskę z Unii. – Mogliby zatłuc Tuska, gdyby byli wiarygodnym partnerem dla krajów UE, ale nie są. Dlatego Donald miał zagwarantowane zwycięstwo. Mogli się wcześniej dogadać, choćby dla picu, w kwestii emigrantów, Trybunału Konstytucyjnego, wtedy Merkel nie umierałaby za Tuska, bo personalnie to go mają gdzieś – konkluduje.

Jak grać dalej i wygrać

PiS popełnił w tym rozdaniu mnóstwo szkolnych błędów, ale nie oznacza to wcale, że nie ugrał niczego dla siebie. Z sondażu przeprowadzonego dla DGP przez panel badawczy Ariadna wynika, że wyborcom nie bardzo spodobała się awantura o Brutuska, uważają, że rząd powinien poprzeć Donalda Tuska (62 proc. ankietowanych), a to, co się stało, spowodowało utratę prestiżu Polski na arenie międzynarodowej (59 proc.). Co ważne, to, w jaki sposób odpowiadali na zadane pytania, nie przekładało się wprost na sympatie polityczne. O utracie prestiżu jest przekonanych 30 proc. ankietowanych zwolenników prawej strony. A np. wśród tych, którzy pozytywnie podchodzą do tego, że mimo zdecydowanego sprzeciwu polskiego rządu Tusk został wybrany na drugą kadencję (47,1 proc. zapytanych), potencjalni wyborcy Prawa i Sprawiedliwości zagłosowali na „tak” w ilości ponad 20 proc. I aż 32,5 proc. sympatyków tej partii jest zdania, że tego poparcia rząd powinien mu udzielić.

To może świadczyć o tym, że wbrew wszechobecnej propagandzie politycznej Polacy krytycznie patrzą na to, co się dzieje, i stać ich na swoje zdanie.

W oczy rzuca się jeszcze jedna istotna kwestia: mimo deklarowanej dla niego sympatii Donald Tusk na tej awanturze stracił w oczach wyborców, a Jarosław Kaczyński zyskał. Bo niby większość się cieszy z tej reelekcji, niby prawie połowa ankietowanych (ponad 42 proc.) uważa, że były szef PO dobrze reprezentuje interesy Polski w Unii, to nieco więcej jest skłonnych sądzić, że jednak bardziej dba o interesy niemieckie niż nasze (39,7 do 36,8 proc.). A na zadane wprost pytanie, czy jest marionetką niemieckiej kanclerz Angeli Merkel, „tak” odpowiada 44 proc. ankietowanych (z czego wśród sympatyków Platformy uważa tak 21 proc.). To oznacza, że plan szefa PiS, aby przedstawić rywala jako niepolskiego kandydata, zadziałał. Przy czym on sam zyskał na prestiżu jako Underwood w polskim wydaniu. Ludzie wierzą, że wszystko, co się wydarzyło w marcu w Brukseli, zostało spowodowane jego wolą. Chciał się zemścić na Tusku (62 proc.), więc uknuł cały plan (51 proc.), a Jacek Saryusz-Wolski był zaledwie marionetką w jego rękach (54 proc. na „tak”).

– Doniesienia o żelaznej ręce Kaczyńskiego, która trzyma wszystkich za cojones, są mocno przesadzone i zatrącają o mit – mityguje jeden z kibicujących mu konserwatystów. Opowiada, że był w jego sztabie podczas kampanii prezydenckiej i obserwował, jak wiele decyzji prezesa jest kontestowanych lub wręcz niewykonywanych. A wobec wielości problemów, tłumów ludzi, którzy chcą coś dla siebie załatwić, sprzecznych interesów, nie zawsze jest w stanie wszystko błyskawicznie ogarnąć. To kwestia charakteru (egocentryzm, skłonność do racjonalizowania porażek) oraz wiek. Ale Kaczyński chce i potrafi się uczyć, nie obraża się na krytykę oraz – co niesamowicie ważne – jest cierpliwy. Poczeka, wyciągnie wnioski, wyliże rany i znów ruszy do ataku. To, czego można się spodziewać w ciągu najbliższych kilkudziesięciu dni, to przetasowania w rządzie. Witold Waszczykowski wydaje się już politycznym trupem, zwłaszcza że prezes nigdy go nie poważał, a wszyscy umoczeni w klęskę Brutuska na niego zwalają (i słusznie) winę.

Większy problem będzie z Antonim Macierewiczem, który w ostatnim czasie zaliczył mnóstwo wizerunkowych (Misiek) i merytorycznych (choćby przetargi na śmigłowce) wpadek. A teraz bardziej liberalna część PiS sączy prezesowi do ucha, że także za brukselską porażką stoi Straszny Antoni, który chciał go w ten sposób skompromitować, aby wyjść na pozycję lidera. Paranoja? Piętrowe plany układane przez wytrawnych graczy czy walka na plastikowe łopatki toczona przez czerwonych ze złości chłopców w piaskownicy? Na to pytanie każdy sam musi sobie odpowiedzieć. Odsuwając na bok sympatie i antypatie polityczne oraz przesiewając przez sito sceptycyzmu narracje sączone przez spin doktorów. Bo wbrew temu, co nam czasem się wydaje, życie to nie serial. A jeśli już nawet tak je potraktować, liczy się to, czy w następnym odcinku nasza lodówka będzie zapełniona czymś więcej niż światłem. I czy stać nas będzie na bilet do kina, czy może jedyną rozrywką będą gadające bez sensu na szklanym ekranie telewizora głowy.