Przesuwając debatę o projekcie ustawy o Sądzie Najwyższym PiS zaskoczył opozycję. Równolegle - aby stępić ostrze krytyki pod swoim adresem - zaoferował jej liberalizację, osłabiając rolę ministra sprawiedliwości na rzecz Krajowej Rady Sądownictwa.

Po burzliwej debacie w Sejmie show należał już jednak do prezydenta. Andrzej Duda przedstawił swój projekt ustawy o KRS zakładający, że jej członkowie będą wybierani większością kwalifikowaną. Równocześnie zapowiedział, że nie podpisze ustawy o Sądzie Najwyższym, jeśli jego propozycja w sprawie rady nie zostanie uwzględniona.

- Zgłosiłem dzisiaj do marszałka Sejmu, korzystając z prerogatywy, ustawę zmieniającą projekt o KRS. Zakłada ona, że członków nowej KRS Sejm będzie wybierał większością trzech piątych głosów - mówił Duda. Wszystko działo się w czasie, gdy Sejm debatował o przyszłości Sądu Najwyższego. - Ale macie miny, prezydent Duda niezły numer wam wywinął. On wie, że nie można powierzyć takiej władzy Zbigniewowi Ziobrze - komentował Paweł Suski z PO.

Politycy PiS w Sejmie byli kompletnie zaskoczeni deklaracją prezydenta. Początkowo nie chcieli jej w ogóle komentować. Henryk Kowalczyk powiedział jedynie, że "prezydent wzmacnia swoją pozycję". Inny poseł z rozbrajającą szczerością przyznał, że "jeszcze nie wie, co ma powiedzieć".

Rzeczniczka PiS Beata Mazurek potwierdziła, że decyzja głowy państwa jest zaskoczeniem i nie była konsultowana z partią. Dodała, że pomysł prezydenta może zostać przyjęty - o ile wcześniej podpisze on ustawę o KRS, a prace dotyczące Sądu Najwyższego będą kontynuowane. To ultimatum od własnego zaplecza politycznego. - Spokojnie. Nakreśliliśmy pole gry. Teraz będziemy rozmawiać - usłyszeliśmy w Pałacu Prezydenckim.

Z przesilenia na linii Nowogrodzka - Krakowskie Przedmieście zadowoleni byli posłowie Kukiz’15. Bo to oni są największymi beneficjentami decyzji Dudy. Jeśli propozycje prezydenta zostaną przyjęte, przede wszystkim z nimi będzie musiał dogadywać się PiS w sprawie obsady KRS. By wybrać radę, potrzebna będzie większość składająca się z 276 posłów. Taka, jaką niegdyś wybierano prezesa IPN. PiS jej nie ma (może liczyć na 234 posłów). By wybrać KRS, potrzebna jest więc koalicja składająca się nie tylko z Prawa i Sprawiedliwości, lecz także z Kukiz’15 (32 głosy) i jeszcze co najmniej 10 posłów z innych klubów lub kół.

Partia Jarosława Kaczyńskiego inaczej wyobrażała sobie wtorkowe obrady nad projektem ustawy o Sądzie Najwyższym. Planowała błyskawiczne przeprowadzenie pierwszego czytania, a później drugiego i trzeciego. Klubom parlamentarnym dano jedynie po pięć minut na przedstawienie stanowiska w debacie. PiS, który krytykował poprzedników za zbyt szybkie forsowanie projektów, pobił tym samym wszelkie dotychczasowe rekordy. Przed posłami wystąpili I prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf, przewodniczący Krajowej Rady Sądownictwa Dariusz Zawistowski i rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar (zajęli krytyczne stanowisko).

Sąd Najwyższy w przedstawionej wczoraj opinii do projektu ustawy, która radykalnie zmieni jego kształt, bezlitośnie punktuje większość proponowanych przepisów. Z wielu swoich nowych uprawnień szef resortu sprawiedliwości będzie mógł korzystać dyskrecjonalnie, np. z dowolnych powodów będzie mógł odmówić zgody na ubieganie się o stanowisko sędziego SN osobie, która skończyła 65 lat, nie dać sędziemu pozwolenia na prowadzenie zajęć dydaktycznych albo polecić wznowienie już zakończonej sprawy dyscyplinarnej. Nie mówiąc już o kluczowym przepisie pozwalającym ministrowi odesłać wybranych sędziów na przymusową emeryturę. SN przewiduje też, że wejście w życie ustawy spowoduje ogromny chaos w jego pracy, a co za tym idzie – może wywołać wydłużenie toczących się postępowań. Nie jest bowiem jasne, jakie sprawy miałyby trafiać do której izby, wdrożenie nowych sędziów do obowiązków będzie zaś wymagało czasu.

Obawy budzi także pomysł stworzenia autonomicznej izby dyscyplinarnej, wyposażonej m.in. we własny budżet i aparat urzędniczy. SN sugeruje, że już sama jej wszechwładna pozycja wywoła psychologiczny efekt mrożący u sędziów.

Ustawa o Sądzie Najwyższym spotkała się też ze zdecydowanym sprzeciwem ze strony dziekanów wydziałów prawa większości uniwersytetów. W opublikowanym wczoraj stanowisku 10 z nich mówi wprost, że nowe przepisy mogą mieć dla SN destrukcyjne skutki i doprowadzą do jego dysfunkcji.