Według Migalskiego demokracja w Polsce, w przeciwieństwie do wielu opinii, przeżywa kryzys. O pełni demokracji liberalnej, takiej jak w państwach zachodnich można mówić, kiedy istnieją: trójpodział władzy, wolne i zróżnicowane media, tolerancja oraz gospodarka niezależna od państwa i świeckość instytucji publicznych - czytamy w "Rzeczpospolitej".

Tymczasem, wszystkie te zasady są obchodzone przez ekipę rządzącą i nawet nie zawsze w sposób świadomy - uważa politolog.

Problemem w tym przypadku nie jest to, że władza wybrana w wolnych wyborach nie działa zgodnie z życzeniem suwerena, ale to że wszędzie powołuje się na jego wolę. Jak podkreśla Migalski, nie można nazywać demokracją systemu, w którym władza spełnia wszystkie życzenia ludu. Do rządów demokratycznych konieczne są również przestrzeganie prawa, poszanowanie dla praw mniejszości i nieskrępowane możliwości działania trzeciego sektora.

Jako jeden z przykładów niedemokratycznych decyzji Migalski przytacza odmowę przyjmowania uchodźców do Polski. Decyzja ta jest jak najbardziej zgodna z szeroko pojętą wolą większości ludu, niestety nie spełnia już zachodnich standardów demokratycznych.

Jednak nie wystarcza to w opinii politologa by porównywać nasz rząd do rządów w Rosji, czy też Turcji, ponieważ sam brak demokracji liberalnej nie jest równoznaczny z autorytaryzmem. "W Polsce nie są mordowani działacze społeczni, opozycjoniści nie gniją w więzieniach, a intelektualiści nie muszą szukać schronienia za granią" - precyzuje Migalski.

Dlatego też były eurodeputowany skłania się ku nazwaniu polskiego typu rządów "hybrydową dyktaturą", która zachowuje pozory demokracji ale jednocześnie sabotuje w różny sposób demokratyczne procedury i instytucje.

Dlatego też według Migalskiego dwa prezydenckie weta Andrzeja Dudy przynajmniej na jakiś czas powstrzymały powolne pełzanie polskiego systemu rządów w kierunku autorytaryzmu.