We wtorek drzwi biura poselskiego minister Beaty Kempy w Sycowie (Dolnośląskie) zostały oblane łatwopalną cieczą i podpalone. Na elewacji budynku pozostawiono napisy. Nikt nie ucierpiał, choć biuro znajduje się na parterze budynku mieszkalnego w centrum miasta w pobliżu rynku.

Według informacji portalu wPolityce.pl osobą, która "jako pierwsza zaalarmowała o pożarze" był mąż Beaty Kempy. To on ostrzegł o pożarze pozostałych lokatorów mieszkań, które sąsiadują z biurem posłanki.

Mąż jest bardzo skromny, ale w tym pożarze mogło zginąć wiele rodzin. Na szczęście do tego nie doszło - powiedziała minister w rozmowie z portalem. Jak przyznała, "jej dzieci niezwykle mocno przeżyły" to wydarzenie. - Gorzej, że to wszystko odbiło się na naszych dzieciach. Tym najbardziej się martwimy. Musimy się nimi zająć. One są dla nas świętością - powiedziała.

Nie chcę się skarżyć, ale jesteśmy ofiarami stałej i permanentnej nagonki. Atakuje się nas za pracę, którą codziennie wykonujemy. Tymczasem my nic nikomu nie zrobiliśmy. Naszą "winą" jest to, że mamy sprecyzowane poglądy - zaznaczyła Kempa.

Pytana, czy "brutalny akt politycznego terroryzmu może ją zastraszyć", Kempa odparła: - Zdania i podejścia do spraw państwa nie zmienię i nikt nie jest mnie w stanie złamać. Boje się tylko Pana Boga - podkreśliła.

Jak podało we wtorek radio RMF FM, na elewacji budynku pozostawiono napis treści: H-7102 21.21. CALIFOR UBER ALES NIE.

Rzecznik Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu Małgorzata Kalus poinformowała we wtorek, że "pierwsze wnioski wskazują, że było to podpalenie". Nie chciała potwierdzić, że napis na elewacji ma związek ze sprawą podpalenia.

Minister Beata Kempa jest posłanką Solidarnej Polski wybraną z listy Prawa i Sprawiedliwości; jest członkiem rządu - w poniedziałek w gabinecie premiera Mateusza Morawieckiego ponownie uzyskała nominację. Syców to rodzinne miasto poseł Kempy.