Grzegorz Kowalczyk: Czy obniżka pensji dla posłów nie spowoduje, że wiele młodych, zdolnych osób chcących pracować dla państwa wybierze jednak sektor prywatny?

Adam Andruszkiewicz: Niekoniecznie. Nawet po obniżce to wciąż są niezłe pieniądze oscylujące w granicach 7-8 tysięcy złotych netto. To wypłata będąca dziś poza zasięgiem wielu młodych ludzi, nawet w sektorze prywatnym. Będę głosował za obniżeniem pensji udowadniając tym samym społeczeństwu, że nie zależy nam na pieniądzach, lecz na pracy dla Polski. Oczywiście obniżka pensji może nieść za sobą też pewne zagrożenia, jednak pamiętajmy, że polityka to przede wszystkim praca dla państwa.

Nagrody, które ministrowie muszą przekazać na cele charytatywne są dość wysokie, biorąc pod uwagę, że pochodzą z dwóch lat…

To duże obciążenie finansowe. Z tego co wiem, część ministrów będzie musiała wziąć kredyty. Cóż… taka jest decyzja polityczna, więc kto chce zostać w polityce musi temu sprostać. Myślę, że to dobrze. Poza tym, nie zapominajmy, że wielu z nich jest czynnymi politykami od wielu lat, więc chyba powinni mieć odłożone jakieś środki. Na pewno sobie poradzą.

Weto Prezydenta w sprawie ustawy degradacyjnej było dobrą decyzją?

Byłem zwolennikiem tej ustawy, bo uważam, że nie powinniśmy nazywać generałami Wojska Polskiego kogoś takiego jak Pan Kiszczak czy Jaruzelski. Ten najwyższy stopień powinien obejmować jedynie ludzi, którzy faktycznie zasłużyli się dla Polski jak np. generał Anders czy generał Sikorski. Decyzję Prezydenta trzeba jednak uszanować.

Brak możliwości odwoławczej dla członków WRON to celny argument Prezydenta?

To kwestia do rozpatrzenia przez prawników. Z jednej strony można powiedzieć, że obywatel zawsze musi mieć prawo do odwołania, z drugiej należy pamiętać o sprawiedliwości dziejowej. Członkami WRON byli ludzie, którzy się na to godzili i wiedzieli o przestępczej działalności tej instytucji. Szkoda, że jak sądzę wrócimy do tych spraw dopiero w następnej kadencji, bo teraz nie będzie woli politycznej żeby się tym zajmować. Rzeczywiście PiS zakopał się w tematach historycznych, a to nigdy nie jest dobre. Młodzi ludzie chcieliby rozmawiać o przyszłości, perspektywach na rynku pracy i możliwościach gospodarczych państwa.

Mówiąc o „zakopaniu się” ma Pan na myśli coś oprócz ustawy o IPN i właśnie projektu degradacji?

Przede wszystkim te dwie sprawy, jednak od dłuższego czasu widzimy, że bardzo często rozmawiamy na tematy czysto historyczne. Zachodzi obawa, że będziemy o tym debatować cały czas, zaniedbując teraźniejszość i przyszłość. Wolałbym debatę na temat Planu Morawieckiego.

Autor Facebooka Mark Zuckerberg zeznawał przed komisją Senatu USA. Wiele mówi się o niebezpieczeństwie wycieku danych z takich portali. Jak Polska może się przed tym bronić?

Z Facebookiem jest duży problem, bo arbitralnie zarządza algorytmami o których mechanizmach działania jako użytkownicy zbyt wiele nie wiemy. Po drugie nasze dane są przedmiotem handlu. Sam miałem nagle polubiony fanpage produktów, których nigdy wcześniej nie odwiedzałem. Ewidentnie ktoś zarządza tym centralnie i steruje nawet w pewnym stopniu profilami użytkowników. Jako państwo nie mamy żadnego wpływu na to co dzieje się w sferze social media. Często nawet przy groźbach karalnych Facebook czy Twitter nie chcą podać adresu IP osób które to piszą w celu ich identyfikacji. To paradoks, że w Polsce te portale są bardzo popularne i mają przemożny wpływ na politykę, a z drugiej są niejako wyłączone spod polskiego prawa. To patologiczna sytuacja.

Jak ją rozwiązać?

Najpierw trzeba wymusić na portalach społecznościowych chęć współpracy lub przynajmniej uprościć komunikację między użytkownikami a administracją strony. Dziś często nawet nie wiadomo gdzie znajdują się polskie siedziby tych firm. Musimy więc jasno zdefiniować tych, którzy nadzorują i są odpowiedzialni za działanie określonego portalu. Jeśli to się nie uda, wówczas można myśleć o jakiejś alternatywie w przyszłości. Są już zresztą państwa, które to robią. Zwłaszcza, że rynek cyfrowy to miejsce w którym Polska nie ma żadnej suwerenności. Wszystkie komunikatory wykorzystywane przez Polaków są w zagranicznych rękach.

Należy stworzyć polskie odpowiedniki portali społecznościowych?

Oczywiście nie należy demonizować Facebooka, bo ma mnóstwo zalet i sam często z niego korzystam. Jednak dobrze byłoby, gdyby te podstawowe komunikatory z których korzystają Polacy przetrzymywały swoje dane na terenie naszego kraju, bo dziś jak widać nawet sam Facebook nie wie co się z nimi dzieje. Zmiany muszą nastąpić – albo zdecyduje się na nie centrala portalu, albo być może oddolnie jakieś grono państw do których Polska mogłaby się przyłączyć.

Niedawno Krzysztof Bosak skrytykował Pana działalność. Czy to oznacza jeszcze większe podziały w środowisku polskich narodowców?

Wywodzę się ze środowiska narodowego, ale nie jestem członkiem partii Ruch Narodowy. Pracuję na własny rachunek. W maju odbędzie się kongres założycielski mojego stowarzyszenia. Mam nadzieję, że będzie to silna prawicowa organizacja. Nie będę wchodził w polemikę z Panem Bosakiem. Działania Ruchu Narodowego są w tej chwili marginalne – najlepiej świadczą o tym próby pikietowania pod ambasadą izraelską gdy istnieje duże ryzyko prowokacji bądź haniebne okrzyki pod adresem Prezydenta Rzeczypospolitej „podpisz ustawę, zdejmij jarmułkę”. To piaskownica polityczna, ja chcę działać na innym poziomie i wprowadzać w przestrzeń publiczną młodych i zdolnych ludzi.

Niedawno deklarował Pan, że wyprowadzi Pan na ulice tysiące młodych ludzi, aby sprzeciwić się powrotowi Donalda Tuska do polskiej polityki. Miał Pan na myśli jakąś konkretną inicjatywę?

Ogłoszę to w maju, właśnie na kongresie nowego stowarzyszenia. Muszę jednak przyznać, że odzew wobec akcji pozytywnie mnie zaskoczył. Skontaktowało się ze mną wielu zainteresowanych. W naszej opinii Donald Tusk jest dużym zagrożeniem dla Polski, pamiętamy jego rządy, źle prowadzoną politykę gospodarczą i nierozliczone afery. Nie chcielibyśmy, aby ten człowiek znów miał wpływ na kształt polskich spraw.