- Zapewniam nie mam aspiracji politycznych. To jest heca – stwierdziła Iwona Hartwich. Na antenie TVN24 w programie "Fakty po faktach" odpierała także zarzuty jakoby protest miał charakter polityczny. Wyjaśniła, że jedyne co ma miejsce, to pomoc od zaprzyjaźnionych posłanek, które "piorą nasze brudne rzeczy w swoich pralkach", "przynoszą nam pampersy i środki czystości", niezależnie od ich przynależności politycznej.

Hartwich zwróciła uwagę, że kilka lat temu rodzice protestowali w Sejmie na zaproszenie Arkadiusza Mularczyka, zaś od 2014 roku mieli dwuletni zakaz wstępu do Sejmu po ustaleniach z Radosławem Sikorskim.

Powiedziała również, że dziennikarz TVP Info zapytał ją, czy jest "jedynką" PO. – Później, czy z Nowoczesnej – mówiła.

Pytana o słowa prezydenta, który w piątek był zdumiony, że protestujący odrzucili propozycje rządu, odpowiedziała, że są tą wypowiedzią "zasmuceni i zdziwieni". - Bo wiedział, że chodzi o realne pieniądze na życie dla tych osób. One (osoby niepełnosprawne – red.) żyją poniżej minimum socjalnego, które wynosi 1370 zł na osobę w zdrowej rodzinie. A te osoby muszą żyć, leczyć, rehabilitować i uspołeczniać się za niespełna 900 zł miesięcznie. Liczymy na zmianę frontu pana prezydenta, bo myślę że został wprowadzony w błąd. Mówi się o 900 tys. osób, które są na rentach socjalnych, a jest ich 280 tys. - powiedziała Iwona Hartwich.

Odpowiedziała również na zarzuty wobec protestujących typu "stać ich, bo pojechała na wakacje" albo komentarze dotyczące jej szalika. - W dalszym ciągu grillowany jest mój szalik, który kosztował 10 zł. Jest wyceniany na jakiś tysiąc. Tak się składa, że nikt nie pali się, by wziąć moje dziecko niepełnosprawne na wózku, wyjechać z nim na wakacje i pchać go po plaży – ucięła spekulacje.