Dziennik.pl: Czy Pan jako były związkowiec, nie obawia się protestów Solidarności? Przewodniczący Piotr Duda niedawno określił spotkanie z premierem Morawieckim mianem "ostatniej szansy".

Jan Mosińskim: Osobiście zgadzam się z oczekiwaniami Solidarności. Płaca w budżetówce jest zamrożona już od wielu lat i rządów PO-PSL. Wskaźniki nie poprawiły się tak, jak oczekiwali pracownicy. Dziś specjaliści w urzędach wojewódzkich czy samorządach zarabiają bardzo małe pieniądze. Należy się zatem przyjrzeć postulatom związkowców. Wiem, że planowane są rozmowy przewodniczącego Dudy z premierem Morawieckim i wicepremier Beatą Szydło, tak aby już we wrześniu ruszyć z negocjacjami i wypracowaniem ustaleń.

Protest Solidarności nie jest w interesie PiS. Ubolewam, że do takiego momentu musiałoby dojść. Piotr Duda to mój kolega. Słusznie zauważył, że rządzimy dopiero 2,5 roku więc mamy prawo dostać pewnej zadyszki, bo sprzątamy po rządach PO i PSL. Przejęliśmy totalnie zderegulowane państwo. Cieszę się, że obecny przewodniczący Solidarności zdaje sobie sprawę z tego jak to wygląda. Powiedział też, że liczy na rzeczowy dialog i oczekuje, że znajdą się środki na to, aby umożliwić podwyżkę wynagrodzeń w sferze budżetowej i odmrozić odpisy na Fundusz Świadczeń Socjalnych, który od wielu lat nie był waloryzowany. Mamy też problem z płacą minimalną. Solidarność walczyła o to, aby płaca minimalna osiągnęła poziom 50 proc. średniej krajowej. Niestety ten wskaźnik proponowany przez Ministerstwa Finansów, trochę niższy od prognozowanego przez minister Rafalską, spowodował, że współczynnik nieco się obniżył i wynosi 47 proc., przyjmując prognozę MF. Na pewno jesień przed nami ciekawa, jednak liczę na konstruktywny dialog. Wielokrotnie w trudnych sytuacjach potrafiliśmy znaleźć wspólny język i zbliżyć stanowiska. W tym przypadku też mam nadzieję, że nie będzie trzeba organizować manifestacji.

Rząd znajdzie środki na równoległą realizację wszystkich postulatów?

Budżet nie jest z gumy. Premier Morawiecki wraz z Ministerstwem Finansów i Ministerstwem Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej znajdą jednak wyjście z tej sytuacji. Niewykluczona jest pewna progresja czy sporządzenie mapy drogowej, zakładającej podwyżki rozłożone w czasie. Nie wszystko musi być tu i teraz.

Solidarność zgodzi się na takie kompromisy?

Jeżeli dialog będzie prowadzony o realne wskaźniki ekonomiczne to wierzę, że podpisanie optymalnego porozumienia jest bardzo prawdopodobne.

Moja kolejna rocznica od wprowadzenia 500 plus, a w czołowych światowych dziennikach ukazało się wspólne polsko-izraelskie oświadczenie. Czy dobrego wrażenia nie psuje zamieszanie wokół Sądu Najwyższego i złe relacje z Unią Europejską?

Szczególnie było to widać podczas wystąpienia premiera Morawieckiego w Strasburgu, kiedy bardzo konkretnie mówił o przyszłości Unii Europejskiej. Tymczasem zamiast dyskutować nad ważnymi dla Europy problemami takimi jak walka z ubóstwem, mafiami paliwowymi czy nowym planem Marshalla dla Afryki, premier spotkał się z pytaniami dotyczącymi reformy sądownictwa w Polsce. Trudno przebić się na świecie z prawdziwym przekazem dotyczącym tego co dokonuje się w naszym kraju. A przecież prorozwojowy program 500 plus przynosi duże efekty, którymi możemy pochwalić się w Europie. Pieniądze, które dostają polskie rodziny wracają potem w postaci wydatków i podwyższają nasz PKB.

Jak więc poprawić oceny Polski na arenie międzynarodowej?

Myślę, że będą one coraz lepsze. Podpisane porozumienie z Izraelem już przynosi pewne efekty, bo pisze się o nim w największych dziennikach na świecie. To wartość dodana do naszej sytuacji międzynarodowej.

Z drugiej strony, często w tych samych dziennikach pojawiły się informacje o protestach przeciwko zmianom w Sądzie Najwyższym.

Oczywiście. Jednak jeśli brytyjski dziennik "The Guardian" wciąż używa sformułowania "polskie obozy śmierci" i na swoich stronach tytułowych zamieszcza protesty w Polsce, które skupiły dość niewielu uczestników, to można powiedzieć, że ta gazeta wpisuje się w antypolonizm. Żyjemy w wolnym kraju i najlepszym tego potwierdzeniem są manifestacje niechętne dobrej zmianie. A przecież za rządów PO-PSL prowokowano uczestników marszów niepodległościowych czy dokonano prowokacyjnego podpalenia budki pod rosyjską ambasadą, żeby zrzucić winę na narodowców. Nie jestem członkiem ONR, lecz PiS, ale wiem, że w marszach uczestniczyli ludzie z różnych środowisk. Wtedy ani "The Guardian", ani ci, którzy teraz stoją pod sądami nie bronili tych biednych ludzi, których szykanowano 11 listopada. Podobnie było gdy służby naszły redakcję jednego z tygodników po aferze taśmowej. Wtedy też na Zachodzie nikt nie protestował.

Ale, czy Zachód powinien wówczas protestować? Przecież PiS teraz twierdzi, że takie problemy należy rozwiązywać wewnętrznie.

Otóż to. Jednak w kraju dzisiejsi przedstawiciele organizacji opozycyjnych również nie wychodzili na ulice, a przecież to były sytuacje zagrażające demokracji. Generalnie, sprawy polskie należy rozwiązywać w Polsce - w Sejmie, Senacie czy po prostu w wyniku dialogu. Rozmowa z opozycją pokazałaby jednak, jak bardzo jest ona słaba. Stąd ta ich niechęć do rozmów. Oni nie mają żadnej propozycji dla Polski. Nie przedstawiają żadnych alternatywnych pomysłów. Gabinet cieni Grzegorza Schetyny jest ciałem martwym, działa już kolejny rok i nawet nie "wystękał" żadnego projektu ustawy, który mógłby być przedmiotem debaty. Musimy przetrwać ten atak, także w kontekście obrony naszej reformy sądownictwa. Nie będzie już tak jak było. Nie będzie przyzwolenia na przewlekłość rozpraw. Nie ma też miejsca dla sędziów, którzy skazywali moich kolegów w stanie wojennym na kary więzienia i dalej pracują w wymiarze sprawiedliwości. My ten system zmienimy i doprowadzimy do normalności. Tak jak czyniono to w Niemczech, gdzie po połączeniu RFN z NRD wyrzucono z sądownictwa tych wszystkich sędziów, którzy orzekali zgodnie z linią Honeckera i NRD-owskiej bezpieki Stasi. Podobnie było po II wojnie światowej we Francji, gdy w sądownictwie przewijały się osoby związane z rządem Vichy kolaborującym z Hitlerem. Tych ludzi też usunięto. My w Polsce, po II wojnie światowej mieliśmy komunizm i chcemy wreszcie po nim uporządkować swój wymiar sprawiedliwości. Panowie Frans Timmermans czy Guy Verhofstadt nie wiedzą co oznaczał komunizm w praktyce. Oni go znają jedynie w teorii - faktycznie może być on ładnie opisany. Jednak w rzeczywistości był straszny. Sam tego doświadczałem, jako działacz opozycyjny w stanie wojennym.

Zaskarżenie ustawy o Sądzie Najwyższym do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej jest realnym zagrożeniem?

Na miły Bóg, jaka może być podstawa prawna tej skargi? Art. 19 traktatu o Unii Europejskiej mówi czym zajmuje się Trybunał Unii Europejskiej - dbaniem o przestrzeganie traktatów. W tym zakresie nie mieści się to co robimy w Polsce. Z kolei odsyłanie tego artykułu do art. 47 Karty Praw Podstawowych to już w ogóle jakaś aberracja prawnicza. Podstawa prawna przygotowana przez Komisję Europejską jest tak słaba, że rząd polski sobie z tym poradzi i wygramy tę sprawę. Ktoś może powiedzieć, że z Puszczą Białowieską nie poszło nam tak łatwo. Tam mieliśmy do czynienia jednak z dużo bardziej złożonym problemem i ingerencja prawa europejskiego mogła być dopuszczalna. W przypadku reformy sądownictwa działamy zgodnie z prawem.