Co pan powie na taką tezę: gdy władzę w Polsce przejęło Prawo i Sprawiedliwość (PiS), liberalna część opinii publicznej szybko wskazała odpowiedzialnych za tę sytuację – społeczeństwo. Dlatego teraz, gdy na lewicy kiełkują nowe byty polityczne, poparcie dla nich utrzymuje się na niskim poziomie.

Tu nie chodzi o winę. Raczej o zrozumienie, jak to się dzieje, że w polskim społeczeństwie lewicowe formacje nie są w stanie przebić się przez próg wyborczy – choć jednocześnie postulaty socjalne, tradycyjnie przypisywane lewicy, realizuje z powodzeniem partia radykalnie prawicowa.

Może więc warto zacząć od pytania, czym tak naprawdę lewica powinna dzisiaj być i jaką rolę odgrywać?

To jest kluczowe pytanie. Lewica może dzisiaj działać sprawnie na niwie związków zawodowych, nie wchodząc w politykę na poziomie państwa i nie brać udziału w partyjnych grach politycznych, skupiając się na budowie struktur związkowych. Drugą opcją jest udział w partyjnej grze z myślą o wygrywaniu wyborów. Na coś trzeba się zdecydować.

Wyobraźmy sobie, że zależy jej na wygrywaniu wyborów.

Wtedy powinna wziąć pod uwagę pewne warunki brzegowe, które wyznaczają jej pole działania. Te warunki są dyktowane przez polską kulturę – zdecydowanie odmienną od tego, co znamy z państw skandynawskich, Niemiec czy Wielkiej Brytanii.

W jednej z publicznych wypowiedzi powiedział pan, że partia Razem straciła z horyzontu to, jak w rzeczywistości wygląda społeczeństwo, o którego głosy zabiega. Część lewicy nie rozumie, w jakich warunkach funkcjonuje na co dzień?

Kluczowe w tym kontekście jest to, że zarówno partie polityczne (np. Razem), jak i część lewicowych publicystów nie biorą pod uwagę elementu polskiej kultury, którym jest szczególny rodzaj indywidualizmu. Na poparcie tej tezy chciałbym wspomnieć badania holenderskiego psychologa Geerta Hofstede, który porównując w badaniach różne kraje, zwrócił uwagę na to, że w Polsce mamy wysoki poziom indywidualizmu z jednoczesnym dużym dystansem władzy.