- Słuchaj, Aleksander Grad mnie poprosił, żebyś go do jakiejś rady OFE wrzucił. Nie masz jakiegoś OFE? - zapytał szef PGE Zbigniewa Jagiełłę - informuje tvn24.pl. Prezes banku odpowiada, że nie może tego zrobić, bo Grad nie ma odpowiedniego wykształcenia, by pełnić tę funkcję zgodnie z prawem. Wtedy do rozmowy włącza się ówczesny prezes BZ WBK, Matusz Morawiecki. - A ty, słuchaj, a posłuchaj, a o co mu chodzi, żeby pieniądze zarobić? - pyta.

Kilian tłumaczy wtedy, jak wynika z zapisu rozmów, że "my mu możemy zapłacić cztery dychy i koniec". Morawiecki przyznaje, że to nie są małe pieniądze. Wtedy do rozmowy włącza się Matuszewska. - No ta, ale on jechał przez ileś tam lat, mając 10 z kawałkiem - mówi. - Mając dyszkę brutto. No więc wiesz, jest trochę słabo, nie? - dodaje Kilian.

Potem uczestnicy rozmowy zgodnie dochodzą do wniosku, że pensje w administracji są tak niskie, że ludzie nie są w stanie długo wytrzymać na państwowej posadzie. M.in. za przykład podają Bartłomieja Sienkiewicza, który przed awansem na stanowisko ministra pracował w PGE. Morawiecki mówi więc, że jeśli Grad ma "jakąś fundację, stowarzyszenie albo firmę, to jednorazowo będę mu mógł coś na pewno sprokurować". - Ja bym spróbował tak bardziej jednorazowo. Pięć dych czy siedem, czy stówkę mu damy na jakieś badania czy na coś - wyjaśnia. 

TVN24 o tę rozmowę zapytało bank, którego szefem był Morawiecki. Jednak rzeczniczka Santander Bank Polska odmówiła komentarza. Z kolei zdaniem Aleksandra Grada, to była "fałszywa troska" nagranych ludzi. - Nie byłem i nie jestem bezpośrednim ani pośrednim beneficjentem tej rozmowy - dodał.

Morawiecki o pracy dla syna Czarneckiego

Uczestnicy rozmowy komentowali też sytuację syna Ryszarda Czarneckiego, który pracował w PKO BP. - Ten facet, ten chłopak po trzech miesiącach powiedział, że jest dużo pracy, że on myślał, że będzie luźniej itd., że ma inne plany właśnie, wiesz - mówił Jagiełło. - Rozmawiałem z nim. To jest kalkulacja, że koniom z wozu lżej. Zmieniłem mu najpierw życiorys, żeby wyglądał normalnie. Później dałem go Justynie Borkiewicz, żeby popracowała nad nim, żeby zrobić z niego nie jakiegoś gościa, który nie, że będzie się woził, tylko żeby do roboty, pisać, rozumiesz, i tak dalej. I się zmęczył, że dużo pracy i że on by się chciał czymś innym zajmować w życiu - dodał.

Wtedy Morawiecki dzwoni do Ryszarda Czarneckiego. - No cześć. Cześć, cześć. Słuchaj ciąg dalszy tej sprawy, o której ostatnio rozmawialiśmy. Twój Przemek nie chciał tam dalej pracować - mówi ówczesny prezes BZ WBK politykowi PiS. Czarnecki tłumaczy jednak, że jego syn był absolutnie zdruzgotany, kiedy nie mógł kontynuować stażu.

- Z ręką na sercu, on był absolutnie zrozpaczony. Ja go znam. Wiem, kiedy, że tak powiem, był absolutnie zdołowany - wyjaśnił. Stwierdził też, że jego syn chciałby więcej zarabiać i robić coś innego. - Wiesz co, bo ostatnie pół zdania, które powiedziałeś, jak on mówi, coś innego by chciał robić, to jest od razu punkt zaczepienia dla tych ludzi - to niech pan sobie idzie, panie Przemku, robi coś innego w takim razie - skomentował więc Morawiecki, który w czasie tej rozmowy przełączył telefon na tryb głośnomówiący.