Dorn: Latałem, ale tylko służbowo
Ludwik Dorn nie rozumie zarzutów DZIENNIKA, który ujawnił, że jako szef MSWiA do podróży nadzwyczaj często wykorzystywał policyjne śmigłowce. "Mówienie, że używałem helikoptera jako taksówki, jest dziennikarskim łajdactwem" - atakuje. Ale przy tym potwierdza, że latał po to, by np. zaoszczędzić 40 minut, a na pokład zabierał żonę.
- Pan minister lata za nasze?
- Dorn: Odrobina lansu nie zaszkodzi
- Rodzice oskarżają dyrektora z MSWiA o śmierć córki
- Były urzędnik MSWiA odpowie za śmierć policjantów
- Tusk rezygnuje z rządowego samolotu
- Kto lata rządowym samolotem do Gdańska?
- Rząd chce wydać 10 miliardów na śmigłowce
- Dorn donosi sam na siebie
- Policja przyznaje: Radiowozów używano jak taksówek
- Przed sąd za wykorzystanie policjantów jako taksówkarzy
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-05-28

temp. min 3°C max. 24°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Dorn potwierdza loty, o których pisał DZIENNIK. Ale nie widzi w nich nic złego. Tak jak w przelocie do Rydzyna koło Leszna, gdzie miał przekazać tamtejszym strażakom 30 tys. zł.
Według gazety, koszt użycia śmigłowca wyniósł wtedy 27 tys. zł. Co na to Ludwik Dorn? "Poleciałem po to, aby być obecnym przy odsłonięciu tablicy ku czci druhny z Ochotniczej Straży Pożarnej, która zginęła w pożarze" - twierdzi były minister. I tłumaczy, że pieniądze wręczył "przy okazji". Dodaje też, że użył śmigłowca, bo podróż samochodem zajęłaby mu cały dzień. "Zależało mi, żeby przy takim wyjeździe pół dnia pracy ocalić" - podkreślił.
Polityk PiS nie rozumie też, co jest złego w tym, że śmigłowcem poleciał z Warszawy do Częstochowy, choć - jak wylicza DZIENNIK - podróż samochodem trwałaby zaledwie 40 minut krócej, a zapewne byłaby tańsza. "Chodziło właśnie o zaoszczędzenie 40 minut. Wizyta była zaplanowana i nagle pojawiło się pilne posiedzenie, chyba Rady Bezpieczeństwa Narodowego" - tłumaczy.
"Wszystkie te loty, które opisuje DZIENNIK były lotami służbowymi" - podkreśla Dorn. Skąd więc na pokłądzie wzięła się jego żona? "Ten lot był podróżą służbową w weekend. Leciałem chyba w sprawie wałów przeciwpowodziowych" - tłumaczy były minister. "Jeżeli miałem wyjazd służbowy w weekend, zwykle zostawałem potem prywatnie. Poza tym, że byłem ministrem, byłem także mężem, jeżeli był wyjazd służbowy a potem zostawałem, brałem ze sobą żonę" - wyjaśnia.
Według doniesień DZIENNIKA, dwa lata latania polityków PiS policyjnymi śmigłowcami kosztowały prawie milion złotych.





















Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!