Sączenie alkoholu rozpoczęło się już w trakcie wyborów. Gdy ważyły się losy przywództwa na lewicy, delegaci ukradkiem wymykali się z kongresu do pobliskiego monopolu. Co zdążyli, osuszali na chybcika w parku. Resztę, schowaną pod pazuchą, szmuglowali do siedziby SLD - pisze "Fakt".

Gdy wyniki zostały ogłoszone, wreszcie mogli przestać się krygować i pić alkohol oficjalnie na cześć nowego władcy. A że ciesząca się złą sławą eseldowska knajpka "Pod Żubrem" już nie istnieje, działacze wybrali partyjny dziedziniec. Potraw z grilla i bigosu obficie podlewanego mocnymi trunkami - jak zwykle nie zabrakło. Libacja na cześć nowego przewodniczącego trwała do rana.

Wygląda więc na to, że choć od soboty Sojusz Lewicy Demokratycznej ma nowego szefa, to nawyki partyjnych działaczy pozostały niezmienne - pisze "Fakt".