Zdaniem posłanki, nie może tak być, by na stronie internetowej Sejmu obok jej nazwiska było napisane "poseł V kadencji". Podobnie jest na oficjalnych drukach sejmowych, gdzie parlamentarzystki tytułowane są "paniami posłami". I to bardzo nie podoba się Joannie Senyszyn.

"Ludzie myślą, używając języka. Ten sterotyp się przewija. Mężczyzna może być posłem, ministrem, rektorem, dziekanem" - tłumaczy posłanka w rozmowie z dziennikiem.pl. Dlatego zaapeluje do marszałka Sejmu o wydanie specjalnego dokumentu, który nakaże urzędnikom używanie terminu "posłanka".

"Zawód parlamentarzysty feminizuje się bardzo wolno" - mówi Senyszyn i dodaje, że nie poprzestanie na apelu do marszałka. Będzie też chciała zmusić Donalda Tuska do podobnych zmian w kancelarii premiera. Tak, by "pani minister" oficjalnie stała się "ministerką".

Ten pomysł nie podoba się jednak jej partyjnej koleżance - Krystynie Łybackiej - jednej z najstarszych stażem posłanek. "Zamiast wydawać dokumenty, lepiej pokazać, jak mało kobiet jest w polskim parlamencie. Że nie ma ich w Prezydium Sejmu, że nie szefują w komisjach" - mówi dziennikowi.pl.