"Jeśli traktat zostanie zablokowany, podział Unii mamy jak w banku. Z niektórych stolic europejskich docierają już do nas sygnały, że rozważany jest pomysł Europy dwóch prędkości: krajów, które pójdą szybciej do przodu i tych, które pozostaną w tyle" - tłumaczy DZIENNIKOWI szef gabinetu politycznego premiera Sławomir Nowak.

Dla Polski to szczególne ryzyko, bo choć Polacy chcą integracji, to wciąż mocno odbiegamy poziomem rozwoju od największych państw zachodniej Europy. Nasz rząd nie chce też, za namową Francji, budować niezależnej od NATO europejskiej armii i nie spieszy się z przyjęciem euro. Dlatego możemy się znaleźć poza twardym jądrem Wspólnoty.

Szef naszego rządu postawi więc dziś w Brukseli sprawę jasno: traktat lizboński nie umarł, a jego ratyfikacja w krajach, które tego jeszcze nie uczyniły, powinna być kontynuowana. W tym jesteśmy zgodni z Niemcami i Francuzami. Traktat jest Polsce potrzebny także dlatego, że powołując ministra spraw zagranicznych UE i przewodniczącego Rady Unii, ułatwia prowadzenie przez Europę wspólnej polityki zagranicznej. A ta jest naszemu krajowi niezbędna przede wszystkim w kontaktach z Rosją. "Skuteczność, z jaką Unia pomogła nam w zniesieniu przez Kreml embarga na naszą żywność, pokazała, że działając razem, możemy osiągnąć wiele" - tłumaczy Nowak.

Dla uratowania traktatu Tusk stawia jednak warunek: nie można tego dokonać kosztem Irlandii. "Trzeba podejść z pełnym szacunkiem do wyników głosowania w Irlandii i nie wolno izolować tego kraju" - przekonuje DZIENNIK minister ds. europejskich Mikołaj Dowgielewicz. Wczoraj w rozmowie telefonicznej Tusk przekonywał irlandzkiego premiera, że może liczyć na solidarność naszego kraju.

"Financial Times” już pisze, że wkrótce także Polska może mieć kłopoty z ratyfikacją. Zdaniem gazety z powodu wahań prezydenta, który coraz bardziej liczy się z eurosceptyczną częścią elektoratu PiS, Lech Kaczyński nie podpisze dokumentu przed październikowym szczytem Unii, jak tego oczekuje się w Brukseli. "Konstytucja nie określa, kiedy prezydent ma podpisać traktat. Na razie premier będzie przekonywał przywódców UE, że w Polsce nie ma z tym problemu" - przyznają współpracownicy szefa rządu.

Tusk chce też uniknąć jednego: aby irlandzki kryzys zajął bez reszty uwagę Brukseli, pozostawiając inne sprawy na boku. Polska delegacja ma co prawda zapewnione poparcie przywódców Unii dla Wschodniego Partnerstwa, planu zacieśnienia współpracy z Ukrainą i innymi krajami byłego ZSRR. Ale to na razie dopiero ogólne założenia, które Komisja Europejska musi dopiero przekuć na konkretne projekty. A z tym nie będzie łatwo. "Z powodu Irlandii Wschodnie Partnerstwo, które miało być głównym tematem brukselskiego szczytu, zostało zepchnięte na margines. Tusk, udając, że nic się nie stało, wykazuje życzeniowe myślenie" - mówi Paweł Świboda, prezes instytutu Demos Europa.

Do końca roku Polska ma jeszcze do załatwienia w Brukseli przynajmniej trzy kluczowe sprawy. To rozpoczęcie debaty o nowym budżecie Unii po 2013 r., z którego chcemy otrzymywać przynajmniej 10 mld euro rocznych dotacji; ustalenie takiej reformy Wspólnej Polityki Rolnej, dzięki której nasi rolnicy będą otrzymywali identyczne subwencje jak ich zachodni konkurenci; a także doprowadzenie do przyjęcia paktu energetycznego, który zobowiązywałby państwa Unii do przyjścia sobie z pomocą w razie zakręcenia przez Rosję gazowego kurka.

W Brukseli szef rządu będzie też walczył o uratowanie stoczni w Gdyni i Szczecinie, od których Komisja Europejska może już wkrótce domagać się zwrotu otrzymanej pomocy publicznej. A także postara się przekonać unijnych przywódców do poluzowania limitów emisji dwutlenku węgla, które mogą zdławić rozwój naszej gospodarki.

Ale czy ktoś na szczycie będzie chciał o czymkolwiek poza Irlandią rozmawiać? Wczoraj otuchy polskiej delegacji dodała deklaracja szefa Komisji Europejskiej Jose Manuela Barroso: "Irlandzkie referendum nie może sparaliżować Unii. Ludzie oczekują, abyśmy działali nadal".