Jagielski: Wałęsa donosił na mnie i moich kolegów

Henryk Jagielski opowiada w rozmowie z dziennikiem "Polska", że współpracę Lecha Wałęsy z komunistyczną bezpieką potwierdzają dokumenty, jakie dostał z Instytutu Pamięci Narodowej. Jednak ważniejsze dla niego są osobiste doświadczenia. Były kolega Wałęsy ze stoczniowego wydziału W-4 wspomina, jak w grudniu 1970 roku grupa stoczniowców stanęła w obronie trzech zatrzymanych kolegów. Robotnicy, którzy się za nimi ujęli, grozili, że podpalą komendę milicji.

"I cała nasza grupa również kolegów z wydziału W-4, w którym pracowaliśmy w Stoczni Gdańskiej, udała się w tym kierunku. Szedł z nami Wałęsa, który był naszym kolegą z W-4. W pewnej chwili jednak nas wyprzedził i jak się później okazało, wszedł do komendy. Stało tam już ze 20 tysięcy ludzi, którzy przyszli z całego miasta. Nie tylko ze stoczni. Jak Wałęsa się pokazał w oknie, nawołując do rozejścia się, ludzie rzucali kamieniami w niego i krzyczeli: <Zdrajca!>" - wspomina Henryk Jagielski.

Były prezydent musiał znać hasło

Jagielski dodaje, że Wałęsa musiał wtedy znać hasło, na które wpuszczano do komendy milicji, bo była ona już wtedy bardzo silnie strzeżona. "Stoczniowcy, którzy stali przed drzwiami komendy, opowiadali, że strzegli jej milicjanci ubrani w skóry, którzy trzymali w ręku pistolety. Wałęsa, wchodząc tam, musiał być już <ich>. Musiał być im znany" - ocenia po latach Henryk Jagielski.

Były kolega ze stoczni przytacza kolejne dowody na to, że - według niego - Lech Wałęsa donosił Służbie Bezpieczeństwa również na swojego szefa w stoczni, Henryka Lenarciaka.

"Przed pierwszym maja zaproponowałem, że gdy będziemy iść w pochodzie, musimy czerwoną flagę w czasie mijania trybuny honorowej zerwać z drzewca, podpalić i rzucić. I dokładnie o tym doniósł <Bolek>. Pisząc w donosie, że <najbardziej są aktywni Jagielski Henryk i Jasiński Jan>. A Jasiu to był mój uczeń. Wałęsa nas podpuszczał, żeby móc na nas donieść" - Jagielski nie ma żadnych wątpliwości.

Borowczak: Nie wierzę, że Wałęsa to "Bolek"

Jednak nie wszyscy stoczniowcy dają wiarę w oskarżenia, iż Lech Wałęsa to TW "Bolek". Jednym z nich jest był przywódca "Solidarności" w Stoczni Gdańskiej Jerzy Borowczak, który nie może zrozumieć, jak Henryk Jagielski może widzieć w Wałęsie "Bolka".

"Pamiętam, 16 grudnia tego właśnie roku stanął pod stocznią i grzmiał: <Jeśli do przyszłego roku, czyli 1980, władza nie postawi pomnika pomordowanym stoczniowcom, to my tu wszyscy przyjdziemy, a każdy przyniesie kamień i zrobimy kolegom kamienny kopiec>. A było tam wtedy z pięć tysięcy ludzi. To agent by tak podżegał? Teraz Heniek Jagielski chodzi z Krzysztofem Wyszkowskim i opowiada, że Lech Wałęsa to <Bolek>, a ja go pytam: <Heniek, czyś ty oszalał? Znasz go tyle lat, razem walczyliśmy o wolną Polskę, a ty mówisz - agent>?" - mówi wzburzony Borowczak dziennikowi "Polska".

Były szef "Solidarności" w Stoczni Gdańskiej uważa, że dziś Wałęsę atakują mali ludzie, którzy robią to najzwyczajniej w świecie z zawiści. I nie waha się wskazać tych ludzi.

"Gdy słucham tego szumu, śmiać mi się chce"

"Historycy z Instytutu Pamięci Narodowej pracują na zlecenie Kaczyńskich. Teraz pewnie zameldują: <Panie prezydencie, zadanie wykonane!> To grubymi nićmi szyte. A prezydent mówi wprost: Wałęsa to <Bolek>. Pamiętam, jak podczas strajku w sierpniu 1980 roku prosiliśmy Lecha Kaczyńskiego, by z nami został w stoczni. Odmówił. A jaki odważny teraz się zrobił! Wałęsa wyrzucił Kaczyńskich z Kancelarii Prezydenta i stąd ta złość. Gdy słucham tego szumu, śmiać mi się chce" - podkreśla Jerzy Borowczak.

Wielka wojna o Lecha Wałęsę wybuchła po tym jak historycy IPN Piotr Gontarczyk i Sławomir Cenckiewicz zarzucili mu w swojej książce świadomą współpracę z SB w latach 70. Książka ma się ukazać w najbliższy poniedziałek, ale w dzienniku.pl można się zapoznać z jej fragmentami.