Widacki to znany adwokat z Krakowa, w przeszłości m.in. wiceszef MSW i ambasador Polski na Litwie. Prokuratura zarzuca mu nakłanianie świadków do składania fałszywych zeznań i utrudnianie postępowania karnego. Może za to trafić na pięć lat do więzienia. Widacki nie zgadza się z zarzutami. Twierdzi, że pomówili go przestępcy.

W kwietniu sąd pod przewodnictwem Barbary Piwnik, minister sprawiedliwości w rządzie SLD, zwrócił akt oskarżenia prokuraturze. Sędzia uznała bowiem, że materiał jest niepełny i opiera się wyłącznie na zeznaniach wielokrotnego przestępcy. Stwierdziła, że materiał dowodowy trzeba uzupełnić.

Tę decyzję zaskarżyła prokuratura, a Sąd Apelacyjny dziś przyznał jej rację. Uznał, że materiał dowodowy można uzupełnić w trakcie procesu.

Zarzuty dla Widackiego, posła Lewicy i Demokratów do rozpadu tej koalicji, były powodem, dla którego na jego oddelegowanie do komisji śledczej nie zgadzał się PiS. Politycy tej partii od początku twierdzili, że nie może w komisji pracować ktoś, komu stawia się zarzuty karne.

Widackiego oskarżono o to, że miał nakłaniać świadka Sławomira R. (32-letniego recydywistę, który odsiaduje karę 25 lat m.in. za zabójstwo) do składania nieprawdziwych zeznań, korzystnych dla bronionego przez Widackiego szefa gangu pruszkowskiego - Mirosława D., pseudonim Malizna.

Inny zarzut to rzekome naciski na lobbystę Marka Dochnala, by przed sejmową komisją śledczą ds. PKN Orlen nie oczerniał Jana Kulczyka, którego Widacki był pełnomocnikiem.