Sikorski: Europa potrzebuje zdrowego populizmu
Decyzje europejskie dla zwykłego człowieka stały się trudne do zrozumienia - mówi DZIENNIKOWI minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. Jego zdaniem referendum irlandzkie jest sygnałem, że trzeba nakreślić bardziej zrozumiałą wizję tego, dokąd ma zmierzać Europa.
- Traktat nie do uratowania
- PiS: Irlandia powstrzymała cywilizację śmierci
- Premier boi się Europy dwóch prędkości
- Polacy za traktatem z Lizbony
- Traktat albo koniec Unii
Pogoda
POLSKA
Czwartek 2012-02-16

temp. min -14°C max. 2°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Jędrzej Bielecki: Przyjechał pan na szczyt do Brukseli, aby walczyć o uratowanie traktatu lizbońskiego?
Radosław Sikorski*: Ten traktat wynegocjował poprzedni premier a podpisał go obecny prezydent, premier i ja. To zobowiązuje. Przede wszystkim jednak jest w tym dokumencie wiele rzeczy,
które uważamy za pożyteczne dla Polski. Wymienię tylko jedną: dzięki powołaniu ministra spraw zagranicznych i unijnej służby dyplomatycznej UE, która jest największą gospodarką świata,
zacznie też odgrywać większą rolę w międzynarodowej grze politycznej. Bardzo zachęciło nas doświadczenie ze zniesieniem embarga na eksport polskich produktów żywnościowych do Rosji. To
był test solidarności europejskiej, także z nowymi członkami Unii, który Bruksela zdała. To stwarza precedens do skutecznej obrony interesów europejskich także w innych sprawach, jak import
nośników energii. Bez traktatu lizbońskiego będzie jednak o to dużo trudniej.
Aby traktat wszedł w życie trzeba jednak zmusić do jego przyjęcia Irlandię. Niektórzy chcą nawet grozić jej wyrzuceniem z Unii. Pan też?
Nie ma mowy o zmuszaniu. To sama Irlandia musi określić, co chce w tej sprawie zrobić. Spodziewamy się, że rząd w Dublinie po pewnym okresie refleksji, po analizie przyczyn decyzji
Irlandczyków, sam nam powie, czy to jest decyzja ostateczna, czy nie. Jakakolwiek by nie była, uszanujemy ją.
W takim przypadku niektóre kraje Europy zapowiadają jednak, że zbudują własną, elitarną Unię, w której nie będzie miejsca dla takich maruderów jak Irlandia.
Rozróżnijmy terminy. Unię o różnych prędkościach mamy już dziś. Bo przecież niektórzy są w strefie Schengen a inni nie, niektórzy są we wspólnej polityce zagranicznej i obronnej, inni
nie, niektórzy są w strefie euro, inni nie. My w tej ostatniej chcemy być, ale jeszcze nie jesteśmy. Jeśli więc ktoś mówi o Europie dwóch prędkości, mam nadzieję, że nie ma na myśli
drugiej Komisji Europejskiej czy Parlamentu Europejskiego, bo to jest zupełnie nierealne.
Gdy w Gdańsku kanclerz Niemiec Angela Merkel zapraszała Polskę do udziału w grupie państw, które chcą iść do przodu z integracją, można było jednak mieć wrażenie, że ma na myśli
coś więcej, niż utrzymanie obecnego układu.
Ale my idziemy do przodu, przystępując do Schengen, do wspólnej polityki zagranicznej i obronnej i przyjmując bardzo zdyscyplinowaną ścieżkę wypełnienia kryteriów budżetowych
pozwalających przystąpić do euro. W każdej organizacji, wręcz w każdym zbiorowisku ludzkim, jest grupa inicjatywna i my chcemy w tym uczestniczyć. Najlepszym tego przedsmakiem jest powrót
Polski do Trójkąta Weimarskiego, na którego spotkaniu w Paryżu mieliśmy dogłębną dyskusję o przyszłości Unii. Jesteśmy też gotowi podjąć złożoną kilka dni temu przez prezydenta
Francji inicjatywę rozwijania europejskiej polityki obronnej.
A więc jesteśmy gotowi wejść do tego, co czasem nazywa się twardym jądrem Unii: grupy państw, które są najbardziej entuzjastycznie nastawione do integracji?
Polska chce być w głównym nurcie Unii, a najlepiej w tym gronie, które ma największy wpływ na jej przyszłość. Starałem się w moim expose sejmowym zdefiniować nasz interes narodowy jako
działanie na rzecz możliwie dużego wpływu Polski na całą Unię.
A jeśli w najbliższym czasie prezydent nie podpisze traktatu, jak tego oczekuje się w Brukseli, to Polska zamiast być w awangardzie, stanie się hamulcowym Unii?
Prezydent zapowiedział, że traktat podpisze. Ale wiemy, że ma z tym kłopot polityczny. Spoczywa na nim ogromna odpowiedzialność. Ten problem będzie z pewnością przedmiotem rozmów premiera i
moich z prezydentem. Szkoda zresztą, że nie doszło do takich konsultacji przed naszym przylotem do Brukseli. Zapewniam, że nie było to z powodu braku woli premiera.
W środę nawet Izba Lordów, parlament jednego z najbardziej eurosceptycznych krajów Unii, ratyfikowała traktat. Czy to nie powinien być przykład dla prezydenta?
Decyzja Brytyjczyków jest bardzo znacząca. Dziś, w dniu unijnego szczytu, pod traktatem ma złożyć swój podpis królowa Elżbieta II.
Czy jednak nie należałoby wyciągnąć pewnych wniosków z porażki referendum w Irlandii. Niektórzy uważają, że to znak jak bardzo Unia oderwała się od realnych problemów
ludzi.
Rzeczywiście powinniśmy teraz dokonać pewnego rachunku sumienia. I przestrzegałbym kolegów polityków przed wypowiedziami, które mogłyby spotęgować u Irlandczyków wrażenie, że politycy
europejscy nie słuchają, co się do nich mówi. Europa potrzebuje dozy zdrowego populizmu. Faktem jest, że traktaty oraz decyzje europejskie stały się bardzo techniczne i trudne do zrozumienia.
Referendum irlandzkie jest dla nas sygnałem, że trzeba nakreślić prostszą, bardziej zrozumiałą wizję tego, dokąd ma zmierzać Europa.
A dokąd ma zmierzać?
Solidaryzuje się z tym, co kiedyś powiedział Tony Blair: Unia nie powinna być superpaństem, ale powinna być superpotęgą. Jesteśmy największą gospodarką na świecie, razem jest nam
łatwiej realizować wspólne interesy i tam, gdzie w integracji jest wartość dodana dla każdego społeczeństwa, tam tej integracji warto dokonywać. Ale pewne rzeczy powinny być na zawsze
zawarowane dla państw członkowskich.
* Radosław Sikorski, minister spraw zagranicznych
























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!