Wykorzystamy rolę samorządów wojewódzkich, które nadzorują sprawy zdrowotne na swoim terenie. Rozmawialiśmy już o tym z marszałkami. Oni znają zadłużenie szpitali na
swoim terenie i wiedzą, że to za chwilę będzie dla nich olbrzymi problem. Wiedzą też, jakie możliwości pomocy daje nasza ustawa: kredyty długoterminowe, 2,7 miliarda złotych na oddłużenie
i pomoc w napisaniu planów restrukturyzacyjnych.
Oczywiście, że tak. Ale nikt nikomu nie da prezentu. Jeśli będzie dobry plan restrukturyzacyjny, to Bank Gospodarstwa Krajowego da pieniądze, inaczej nie. Masz pomysł naprawczy - dostajesz
środki.
Od początku rozmawialiśmy o różnych wariantach, bo nie można być hurraoptymistą. To ryzyko było wpisane w ustawy. Wiedzieliśmy, że może zwyciężyć polityka, może być weto. Dlatego
musieliśmy mieć wariant awaryjny. Prywatyzacja jest przecież faktem już dziś, i to dzika. Podam przykład: jest kiepski szpital na Podkarpaciu, który ma tylko dwa rentowne oddziały. I co?
Tylko one są prywatyzowane, a reszta pada. Takie rzeczy dzieją się teraz. Mieliśmy do wyboru: albo wziąć to w ramy prawne i mieć kontrolę nad procesem, albo zachować status quo.
Nie. Były propozycje SLD, by wprowadzić wiele poprawek i to zrobiliśmy. To nie były zmiany redakcyjne, ale strategiczne. Na przykład to, że nieruchomości szpitalne byłyby tylko dzierżawione,
a nie przekazywane na własność czy wymóg zgody trzech piątych radnych na dopuszczenie prywatnego udziałowca do spółki zdrowotnej. Widać więc z naszej strony dobrą wolę.
Dziś zajmie się nim senacka komisja zdrowia. To nie jest dobry pomysł: to straszenie Polaków. A może prezydent powinien zapytać, ile powinni zarabiać lekarze i pielęgniarki albo czy obecna
służba zdrowia jest naprawdę nieodpłatna dla pacjenta? Albo - czy jest pan za komercjalizacją, która skróci kolejki? Wtedy możemy wydać 90 milionów na referendum. Ale nie w sytuacji, gdy
się sugeruje, że będzie komercjalizacja, prywatyzacja, a na końcu coś złego.
Pochylimy się nad poprawkami złożonymi przez SLD. Ale nie chciałabym, by zmienił się nasz projekt zakładający 100-procentowe przekazywanie placówek samorządom. W końcu to nie jest projekt
SLD, oni mieli swój czas i mogli zdecydować inaczej. Ale nic nie zrobili. A zmienianie naszego projektu i tak nie daje gwarancji, jak SLD zagłosuje w sprawie weta. To spowoduje tylko, że to
będzie projekt SLD, a nie nasz. Trzeba było odwagi politycznej, by z takim projektem wyjść i my to zrobiliśmy. Biję się o niego od kilkunastu miesięcy i nie ma powodu by go okaleczać.
Nie po to go zmienialiśmy, żeby teraz do niego wracać.
Zawsze trzeba być otwartym na rozmowy. Chcę mieć jednak pewność, że ci, którzy z nami rozmawiają, nie grają na czas. Z wielkim szacunkiem chcę wspomnieć o Wojciechu Olejniczaku. To
człowiek, który nie stracił tożsamości, on mówi to co myśli, nie kluczy. Najgorzej mieć do czynienia z partnerem, który raz opowiada jedno, a potem drugie. Albo jest dojrzałym politykiem i
mówi od początku: mamy taki program i nasze warunki są takie, albo zmienia zdanie co pięć minut i stawia nowe warunki...
Ja nie charakteryzuję nikogo konkretnego. Ja tylko z wielkim szacunkiem obserwuję karierę polityczną i stanowisko Wojciecha Olejniczaka.
*Ewa Kopacz, minister zdrowia