"Równie dobrze, jeśli będą zbyt wysokie koszty uprawnień (za emisje dwutlenku węgla), to możemy zainwestować na Ukrainie czy Białorusi, tam wybudować elektrownię węglową, gdzie nie będzie opłat za emisje, i bezpośrednio importować prąd" - mówił Pawlak. Taki plan pomógłby nam okpić Unię i obniżyć koszty produkcji energii, ale... zmusiłby nas do ułożenia się z dyktaturą Aleksandra Łukaszenki. "Dyskutujemy o tym otwarcie" - dodał Pawlak.

Komisja Europejska zaproponowała, by wszystkie prawa do emisji CO2 w energetyce były sprzedawane na specjalnych aukcjach już od 2013 roku. Ich wysoki koszt ma skłonić do odejścia od węglowych elektrowni na rzecz przyjaznych środowisku technologii, najlepiej ze źródeł odnawialnych.

Polska - z gospodarką w 94-procentach opartą na węglu - argumentuje, że realizacja ambitnego pakietu klimatyczno-energetycznego grozi drastyczną podwyżką cen prądu - nawet do 90 procent.

Komisja Europejska przewidziała ryzyko likwidacji zakładów w Europie i ich przeprowadzki na przykład na Ukrainę albo do Chin, gdzie nie ma rygorystycznych norm emisji. Dlatego dla tak zwanych przemysłów energochłonnych KE zaproponowała szereg ulg w prawie do emisji gazów. Nie obejmują one jednak energetyki. KE wyszła z założenia, że elektrowni nie da się przenieść za granicę tak łatwo, jak huty albo cementowni.

Pawlak mówi tymczasem, że z kopalni węgla kamiennego "Bogdanka" w województwie lubelskim jest bliżej do białoruskiej granicy niż do elektrowni "Kozienice".

Polska liczy, że takimi argumentami przekona Unię do wprowadzenia korzystnych dla nas rozwiązań. Polityczne porozumienie w sprawie pakietu klimatyczno-energetycznego, który ma zapewnić, że UE zredukuje emisje CO2 o 20 procent do 2020 roku, zapadnie na kolejnym szczycie UE w grudniu.