Donald Tusk wraz z nielicznym gronem osób mających dostęp do największych tajemnic państwowych wertował raporty polskich służb specjalnych na temat doniesień o zabiciu przez pakistańskich talibów inżyniera Piotra Stańczaka.

W naradzie w Rządowym Centrum Bezpieczeństwa uczestniczyli oprócz premiera: minister spraw wewnętrznych i administracji Grzegorz Schetyna, wiceminister MSZ Jacek Najder, sekretarz Kolegium do Spraw Służb Specjalnych minister Jacek Cichocki, oraz szefowie służb zaangażowanych w działania mające na celu uwolnienie porwanego.

W oficjalnym komunikacie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego nie ma wzmianki na temat tego, jakie podjęto decyzje. Wciąż aktualne jest więc stanowisko premiera, który mówił o "nieformalnym potwierdzeniu tragedii".

Komentatorzy - w tym znawca regionu i były ambasador Indii Krzysztof Mroziewicz - twierdzą na oficjalne wieści trzeba poczekać kilka dni. Wtedy dowiemy się, czy porywacze z organizacji Tehrik-e-Taliban rzeczywiście zamordowali Polaka, którego porwali we wrześniu 2008 roku.

W sobotę rano pakistańskie media poinformowały, że talibowie wykonali wyrok, bo niedoczekali się spełnienia ich żądań. Jakie to żądania? W zamian za uwolnienie Polaka terroryści domagali się między innymi uwolnienia swoich towarzyszy z pakistańskich więzień. Mówili też o wycofaniu się sił militarnych z pogranicza afgańskiego, gdzie rządzą fanatyczne plemiona.

Później pojawiły się pogłoski, że polityczne żądania zamienili na finansowe. Aby to zbadać do Pakistanu pojechał specjalny wysłannik rządu Zenon Kuchciak.