Tomasz Kuzia: Co się stanie jeżeli rząd, zgodnie z zapowiedziami premiera, zdecyduje na interwencję na rynku walutowym i rzuci na rynek kilka miliardów euro?
Ireneusz Jabłoński: Jeśli rzeczywiście jesteśmy w trakcie ataku funduszy spekulacyjnych, jest wielce prawdopodobne, że stracimy te pieniądze. Porównując środki, które mają fundusze i którymi dysponuje nasz rząd, to dysproporcja jest olbrzymia. Kilkanaście lat temu ani rządy Wielkiej Brytanii, ani Szwecji, nie były w stanie obronić się przed takimi atakiem. Zresztą najnowszy przykład Rosji pokazuje to samo. Każdy taki fundusz ma kilka miliardów euro, które są zaangażowane w operację i kilkadziesiąt następnych, żeby nimi straszyć. Ale to tylko jeden fundusz, a one działają w stadzie.
Andrzej Sadowski: Premier Władimir Putin przy rezerwie 600 miliardów dolarów i wydaniu ponad 200 miliardów osiągnął to, że kurs rubla dalej spadał. Czy naprawdę, w takiej sytuacji, polski rząd myśli, że przy swoich skromnych środkach może konkurować z funduszami spekulacyjnymi?

>>> Do czego można się posunąć w obronie złotego – pisze Marcin Piasecki

Załóżmy jednak, że euro kosztuje 5 złotych. Rząd rzuca na rynek pieniądze, które ma z Unii. Co się dzieje potem?
AS: Taki krok rządu będzie tylko zachętą dla funduszy do dalszej aktywności.
IJ: Skromne zasoby są wyprzedawane, czemu towarzyszy chwilowy i nikłym spadek wartości euro. Pieniądze kupują spekulanci, a potem złotówka znowu traci na wartości, a oni zarabiają na różnicy kursów. Dodatkowo czerpią zyski z zaciągniętych wcześniej pożyczek. Gra nie toczy się oczywiście o złotówki. One są tylko wehikułem. Gra idzie o rezerwy dewizowe. O dolary i euro. To co trzyma rząd i to co ma Narodowy Bank Polski.

Czy naprawdę jesteśmy aż tak bogatym krajem, żeby można było na nas zarobić? Ile można wyciągnąć z Polski?
IJ: Podobno George Soros zarobił na Wielkiej Brytanii w ciągu paru dni miliard dolarów. A ile zarobili inni? Jesteśmy krajem, który jest ciekawy dla spekulantów. Nasze rezerwy to ok. 50 mld dolarów. A w dodatku jesteśmy państwem relatywnie słabym, wobec którego łatwo stosować czarny PR. Jesteśmy rynkiem wschodzącym w części Europy, w której nie wiedzie się na przykład naszym sąsiadom. Z punktu widzenia spekulantów jesteśmy dobrym celem.

Kto dokonuje takich ataków?
IJ: Fundusze grające na spekulacjach, czyli krótkich, ryzykownych i niosących dużą stopę zwrotu inwestycjach, którym często towarzyszą działania poprzedzające.

Takie jak wykup opcji walutowych?
IJ: To jest jedna z możliwości. Ujawnienie skali opcji walutowych mogło być elementem, który spowodował, że fundusze się nami zainteresowały. Jeśli ich wartość rzeczywiście stanowi od kilku do kilkunastu miliardów złotych, to jest to wartość atrakcyjna dla takich graczy. A opcje mają to do siebie, że muszą być bezwzględnie realizowane. I być może jest jakaś gra na rynku wtórnym opcjami i prawami do opcji, szczególnie teraz, czyli w okresie terminów ich zapadalności - gdy następuje konieczności ich wykupienia. Spadek wartości złotego przynosi tu oczywisty zysk. Im złoty słabszy, tym większa premia dla wystawcy opcji lub tego, kto kupił do niej prawo.

Jaki błąd może popełnić nasz rząd?
IJ: Złożyć deklarację lub, co gorsze, podjąć działania polegające na obronie wartości waluty. Przykłady brytyjski, szwedzki i rosyjski zakończyły się klęską rządów.
AS: Oświadczenie, że broni się kursu jest zaproszeniem spekulantów do kraju, a wyznaczenie ceny jest już dla nich najlepszą sytuacją.

A jak możemy obronić się przed atakiem?
IJ: Jedyne co można robić, to pozwolić, żeby impet tych działań spekulacyjnych wygasł, bo on zawsze ma charakter krótkotrwały.
AS: Spekulacja ma sprowokować kraj do działania. Po to się ją robi. W przypadku ataku na Wielka Brytanie użyto nawet agencji PR, które przekonywały rząd do interwencji. To była spekulacja medialnie wspomagana. Ale to okazało się dopiero po latach. Niestety, w Polsce oświadczenie wicepremiera Waldemara Pawlaka i prezesa NBP Sławomira Skrzypka, że złotówka nie będzie broniona w specjalny sposób, zostało zdezawuowane przez premiera.

Czy w Polsce można zaobserwować podobne działania, tzw. czarny PR?
IJ: Takie działania widać raczej w mediach drukowanych i elektronicznych w krajach, z których pochodzą fundusze spekulacyjne. To teksty, na przykład o tym, że Ukraina jest niewypłacalna i przez bliskość geograficzną Polska jest również niewiarygodna. Taka teza może wynikać z ignorancji autora, ale być napisana na zamówienie i służyć osłabieniu wizerunku Polski.

A czy można konkretnie nazwać fundusze, które grają teraz polską walutą?
IJ: Nie potrafię tego teraz zrobić. Być może w przyszłości. Teraz trzeba pytać o to analityków rynku, którzy na bieżąco śledzą sytuację. Może już to wiedzą.

Ireneusz Jabłoński i Andrzej Sadowski, ekonomiści z Centrum Adama Smitha