Wieczór w jednym z warszawskich lokali, w którym regularnie spotykają się najważniejsi politycy PO. Rozmawiają, piją wino. Przy stole, jak zwykle, siedzi Paweł Graś. "I zawsze mówi najmniej. On się prawie nie odzywa, rozmawia równoważnikami zdań" - mówi polityk ze ścisłego kierownictwa Platformy. "Rzecznikiem gadułą raczej nie będzie" - żartuje nasz rozmówca.

Jednak kiedy już Graś mówi, partyjni koledzy słuchają. Bo po Donaldzie Tusku i Grzegorzu Schetynie jest jednym z najważniejszych polityków Platformy. Choć w odpowiedzi na niewygodne pytania dziennikarzy najczęściej żartuje: "Ja nic nie wiem", to powszechnie wiadomo, że akurat on o rządzie i Platformie wie prawie wszystko.

Zdjęcie Grasia na okładce grudniowego "POgłosu" (partyjna gazeta Platformy) podpisano: "szef wewnętrznych spraw Platformy. PO 07, zgłoś się". "On byłby dobrym aktorem do roli Bonda" - śmieje się jeden z polityków Platformy. "Tylko zamiast słynnego: <nazywam się Bond>, mówi: <cześć, daj papierosa>".

Lojalny do bólu generał

Wiceszef klubu Platformy Waldy Dzikowski: "To wierny, do bólu lojalny generał PO. Na pozór niedostępny, a w rzeczywistości człowiek z poczuciem humoru i o dobrym sercu".

Zaufanie, którym darzą Grasia Tusk i Schetyna, miało przesądzić o decyzji premiera, żeby powierzyć mu funkcję rzecznika. Po odejściu Agnieszki Liszki w lipcu 2008 r. premier wyjaśniał, że rzecznik nie jest mu potrzebny. A osoby z jego otoczenia twierdziły, że jeśli zmieni zdanie, to powinien postawić na zaufanego polityka. Dlatego informacja o tym, że rzecznikiem zostanie Graś, niewielu w PO zdziwiła. "Oprócz mocnej pozycji w PO Graś dobrze wypada w mediach" - podkreśla prominentny polityk PO.

W ostatnich miesiącach Graś pojawiał się w nich często, zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych. Kiedy w grudniu związkowcy z Sierpnia ’80 zaczęli okupować warszawskie biuro Tuska w proteście przeciw reformie pomostówek, do gaszenia pożaru został wysłany właśnie Graś. I przechytrzył związkowców, bo wymyślił, żeby przenieść pracowników biura i sprzęt w inne miejsce.

Przy sprawie Polaka zabitego w Pakistanie wypowiadał się już niemal jak nieformalny rzecznik rządu. Pierwszy publicznie zganił ministra sprawiedliwości Andrzeja Czumę za słowa, że polskie służby wiedzą o współpracy pakistańskiego rządu z talibami. "Włos mi się jeży na głowie"– mówił wtedy w Radiu Zet.

Potem tłumaczył, że poniosły go emocje. Być może dlatego, że służby specjalne to od lat jego konik. "Niektórzy mają wątpliwości, jak będzie odbierany jako rzecznik, bo on się wszystkim kojarzy ze służbami" - przyznaje polityk z władz klubu PO.

Na początku kadencji Graś został pełnomocnikiem rządu ds. bezpieczeństwa i koordynatorem służb specjalnych. Ale po niespełna dwóch miesiącach niespodziewanie zrezygnował. Jak nieoficjalnie tłumaczyli politycy PO, nie mógł się odnaleźć w kancelarii premiera. "On lubi chodzić własnymi drogami. Potrafi wziąć plecak i zniknąć na tydzień gdzieś w Armeniii czy Kazachstanie. Zdarzało się, że kiedy był potrzebny, akurat go nie było. Na tym tle dochodziło do spięć między nim a Schetyną" - relacjonuje osoba znająca posła PO.

Graś jest jak Wichura z "Pancernych"

Sam Graś przyznawał potem w "POgłosie": "Za biurkiem, tak jak Wichurze w <Czterech pancernych>, pod pancerzem jest mi duszno. Wolę miejsca, gdzie jest więcej akcji niż w gabinecie z mapą i paprotką". A na swojej stronie internetowej wyjawił, że już od dzieciństwa miał problemy z funkcjonowaniem w ramach instytucji: "w przedszkolu wytrzymałem miesiąc, uciekałem zresztą codziennie w czasie poobiedniej ciszy".

Politycy PO mówią, że po odejściu z kancelarii premiera Graś odżył. Wrócił do sejmowej komisji ds. specsłużb. Jednak co jakiś czas w wąskim gronie kierowniczym PO pojawiały się nowe pomysły, jak go zagospodarować. Przymierzano go do roli następcy Bogdana Klicha w MON, czy Mariusza Kamińskiego w CBA. Był też pomysł, że jeśli szef klubu PO Zbigniew Chlebowski wejdzie do rządu, może go zastąpić właśnie Graś.

Tydzień temu podczas rady krajowej PO Tusk poinformował, że Graś będzie szefem kampanii do europarlamentu. Teraz przed nim nowe zadanie. Czy poseł, który zarzucał PiS stosowanie metod rumuńskiej Securitate, jako rzecznik rządu złagodzi swój wizerunek? "To twardy gość, który mówi stanowczym tonem. Rzecznik na kryzys, a nie uśmiechnięta pani" - uważa polityk z władz Platformy. "Na dodatek już pokazał ludziom, że potrafi przeżyć za 500 zł miesięcznie" - przypomina o akcji TVN i "Super Expressu" sprzed kilku lat, w której Graś wziął udział.