Nasz rząd obawia się, że decyzje, które zapadną, to początek podziału Wspólnoty na bogaty Zachód i ubogi Wschód. Donald Tusk ma plan kontrataku: na niedzielę, przed nadzwyczajnym szczytem UE, zwołał do Brukseli spotkanie przywódców Polski, Czech, Litwy, Łotwy, Estonii, Rumunii, Bułgarii i Słowenii. Mają ustalić wspólną strategię walki o utrzymanie Jednolitego Rynku.

Jednak już podczas środowego spotkania w Brukseli komisarze zajmą się planem pomocy udzielonej przez francuskie władze rodzimym koncernom samochodowym. Choć decyzja komisarzy nie jest jeszcze znana, można się spodziewać, że nie będą dla Paryża zbyt surowi.

"Wykorzystamy do maksimum elastyczną interpretację zasad udzielania pomocy publicznej" - zapowiada szef Komisji Jose Manuel Barroso.

>>> Europa ma pomysł na kryzys

Szef MSZ Radosław Sikorski nie ukrywa rozgoryczenia: "Pod naciskiem Brukseli zostaliśmy zmuszeni do pospiesznej sprzedaży naszych stoczni. A dziś zachodnie banki i koncerny motoryzacyjne otrzymują wielokrotnie większą pomoc, niż my chcieliśmy dla naszych producentów statków" - przyznaje w rozmowie z DZIENNIKIEM. "Chcemy, aby reguły konkurencji zostały w Unii zachowane, aby Komisja Europejska zachowała tu swoją tradycyjną rolę" - dodaje.

Nierówne traktowanie przedsiębiorstw z nowych i starych krajów Unii, to jednak niejedyny problem rządu w kontaktach z Brukselą. Innym jest utrzymanie otwartego rynku pracy. Komisja Europejska także zdecyduje, na jakich warunkach będą mogły w przyszłości działać przedsiębiorstwa świadczące usługi w innym kraju Unii. Dla polskich firm to byłaby szansa na przełamanie recesji: dzięki słabemu złotemu i niskim kosztom zatrudniania spółki budowlane, wśród wielu innych sektorów, mogłyby okazać się bardzo konkurencyjne na europejskim rynku.

Ale Komisja szykuje się do zablokowania tej możliwości. Po raz pierwszy na swoje posiedzenie komisarze zaprosili Johna Monksa, przewodniczącego Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych. A on ma jasny postulat: wprowadzenie obowiązku zatrudniania obcych pracowników na identycznych warunkach jak te zawarte w układach zbiorowych w danym kraju. Jeśli ten postulat przejdzie, polskie firmy, zwykle słabsze kapitałowo od zachodnich, wypadną z rynków innych państw UE, bo stracą swój główny atut konkurencyjny, czyli niższe koszty pracy.

"Nie możemy dopuścić do zamknięcia się rynków pracy w Unii" - zapowiada Mikołaj Dowgielewicz, minister ds. europejskich.

>>> Budujemy front przeciwko starym państwom Unii

Kolejny problem mamy z regułami unii walutowej. Przekazując dziesiątki miliardów euro na ratowanie banków i przedsiębiorstw, kraje zachodniej Europy wielokrotnie przekroczyły zapis traktatu z Maastricht nakazujący ograniczenie deficytu budżetowego poniżej 3 proc. PKB. Rekord pobiła Irlandia, gdzie wskaźnik ten przekroczył już 10 proc. dochodu narodowego. Jednak Polska, podobnie jak inne kraje Europy Środkowej, na razie nie ma takiej swobody. Bo jeśli chcą szybko przystąpić do Eurolandu i w ten sposób zachować stabilność swoich rynków finansowych, muszą ściśle trzymać się limitów budżetowych z Maastricht. A to wiąże im ręce w walce z kryzysem.

Polska obawia się także o zachowanie wielkich europejskich banków. Bruksela zajmie się powołaniem nowej, ogólnounijnej instytucji, której zostanie powierzony nadzór nad instytucjami finansowymi wszystkich państw UE. Jednak w tym projekcie nie ma słowa o utrzymaniu przez zachodnie banki aktywów w Europie Środkowej. A to kolosalne środki, od których zależy stabilność w naszej części Europy: 1,1 biliona euro. Już teraz, twierdzą eksperci, oddziały zachodnich banków pod pretekstem większego ryzyka blokują w Polsce przydzielanie kredytów.

"To jest zaskakujące być pouczanym przez ludzi, którzy pochodzą z krajów, gdzie nadzór bankowy okazał się o wiele mniej ostrożny od naszego" - protestuje Radosław Sikorski. I nie waha się użyć mocnych słów: "Te trudne czasy będą sprawdzianem dla Wspólnoty. Musimy trzymać się zasad wolnego rynku teraz, kiedy nie jest łatwo, a nie tylko wówczas, gdy wszystko rozwija się gładko".