Marek Wikiński (SLD) założył się o całą pensję z premierem, że profesor Jerzy Buzek nie będzie szefem Parlamentu Europejskiego. Zakład był jednostronny. Tak więc od samego początku wiadomo było, że poseł lewicy żadnych pieniędzy nie wygra. Mógł je tylko stracić. I tak właśnie się stało.

"Słowo się rzekło, kobyłka u płota" - mówił nam Wikiński tuż po ogłoszeniu sukcesu Jerzego Buzka. Jak dowiaduje się DZIENNIK, pieniądze nie trafią jednak do kieszeni premiera, ale zostaną przeznaczone na cel charytatywny. "Obiecałem, że zapłacę w dwóch ratach. I tak się stanie. Pierwszą ratę wpłacę jeszcze dziś, lub najpóźniej jutro rano. To zależy od tego, kiedy pensja wpłynie na moje konto" - mówi Wikiński.

Poseł dodaje, że na wpłatę ma czas do końca sierpnia, ale..."w przeciwieństwie do inwestorów z Kataru, nie zamierzam czekać do ostatniej chwili" - mówi Wikiński.

>>>Tusk wygrał pensję na zakładzie o Buzka

Czy nie żałuje? "Chociaż w polityce dotrzymywanie obietnic nie zdarza się często, ja dotrzymam mojej. I to jest najważniejsze. Ile dokładnie wynosi moja pensja i na jaki cel ją przeznaczę, powiem jutro na konferencji prasowej. Przy tej okazji będziemy mieli asumpt, żeby zapytać premiera Donalda Tuska co dzieje się w sprawie ministra Aleksandra Grada (miał zostać odwołany, jeśli Katarczycy nie zapłacą za stocznie) i co w sprawie zwrotu horrendalnych premii wypłaconych prezesom spółki Polska 2012. Teraz będziemy mogli powiedzieć <sprawdzam> i poprosić, żeby chłopcy Drzewieckiego pokazali odpowiednie przelewy, tak jak ja to zrobię" - mówi Wikiński.

Szefowie spółki mieli zwrócić premie, których wysokość oburzyła posłów. Zarząd spółki otrzymał od ministerstwa Sportu premie w wysokości prawie 111 tysięcy złotych.

Wikiński nie chciał dziś powiedzieć, ile straci na zakładzie. Jest to jednak dość wysoka suma - wahająca się od 6 do 7 tysięcy złotych.