"Stanąłem w słusznej sprawie, bo poseł z Biłgoraju uraził dwie posłanki z PiS - panie Nelli Rokitę i Marzenę Wróbel. Dlatego nie cofam ani jednego słowa z tamtego wpisu. Odbił się on szerokim echem w mediach - byłem na jedynkach na wielu portalach internetowych, zajmowano się tą sprawą w kilku telewizjach…" - pisze Migalski.

"Tyle tylko, że dzień wcześniej zamieściłem na tym samym salonie24 o wiele ciekawsza informację i o wiele bardzie istotną deklarację, niż chęć walenia kogokolwiek po pysku. Nikt jednak się tym nie zainteresował! Pies z kulawą nogą nie podjął naprawdę istotnej kwestii zachowania Jerzego Buzka na spotkaniu z ECR. Bo nie było tam nic o seksie, o biciu, o Palikocie" - dodaje europoseł PiS.

>>>Palikot: Mam wyjątkowe życie seksualne

Migalski kończy tak: "Oto smutna prawda o polskiej polityce - aby stać się ważnym, cytowanym, omawianym i analizowanym w polskich mediach nie warto podejmować istotnych i ważkich tematów. Nie warto robić tego w poważnym tonie, używając merytorycznych argumentów. Opłaca się natomiast pojechać po bandzie, dać po mordzie, krzyczeć i tupać nogami, histeryzować i prowokować, obrażać i pluć. Pierwszy zrozumiał to Janusz Palikot, po nim przyjdą inni. Nawet ja spróbowałem i mi się opłaciło. Poleciałem Palikotem i od razu stałem się obecnym w <debacie publicznej>. Ale to straszna cena. Czy jest mechanizm wyjścia z tego zaklętego kręgu oczekiwań mediów, ich komercjalizacji, dziczenia obyczajów w naszym kraju, brutalizacji polityki, wzrastającego cynizmu wszystkich graczy, narastającej pustki tego <infotainment>? Wątpię - nie widzę możliwości zatrzymania tego szaleńczego korowodu. Ma być śmiesznie, a jest coraz bardziej smutno. Wszyscy powoli stajemy się uczestnikami tej polityczno-rozrywkowo-biznesowej orgii."