Tak armia sowiecka zdobywała Afganistan
O tym, co działo się w latach 80. na wojnie w Afganistanie, wiedzieli tylko krewni zabitych żołnierzy - opowiada Nikołaj Prokudin, który walczył w armii ZSRR. "Kiedy na przełomie 1987 i 1988 jechałem pociągiem, ktoś zapytał, gdzie tak się opaliłem. Odpowiedziałem, że wróciłem z Afganistanu. Mówił, że kłamię, bo partia zapewnia, że wojsk tam nie ma" - mówi.
- Pochowano żołnierza poległego w Afganistanie
- Rosja chce zbudować NATO-bis
- Marines uderzyli w bastion talibów
- W Afganistanie jeszcze 2 lata. "Mamy dług"
- Afgańska bomba zabiła ośmiu Amerykanów
- "Gdyby nie ZSRR, Polska byłaby prostytutką"
- Tak fałszowano wybory w Afganistanie
- W Afganistanie pożegnali zabitego żołnierza
- Amerykanie wzmocnią Polaków w Ghazni?
- Polacy nie chcą walczyć za Afganistan
- Rosjanie przetestowali 21-letnią rakietę
Pogoda
POLSKA
Sobota 2013-05-25

temp. min 4°C max. 18°C
opady:
obfite opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
25 grudnia 1979 roku wojska sowieckie wkroczyły do Afganistanu. Operacja miała być krótką, precyzyjną misją pokojową podporządkowującą kraj ZSRR, a przekształciła się w niemal dziesięcioletnią krwawą wojnę. Przez Afganistan przewinęło się około 620 tys. żołnierzy. Zginęło - według nieoficjalnych danych - 30 tys. Ilu popadło w narkomanię i alkoholizm? Nie wiadomo.
STANISŁAW RAJEWSKI: Co pan robił, kiedy wybuchła wojna w Afganistanie?
NIKOŁAJ PROKUDIN*: Miałem 18 lat i zacząłem służbę w armii. Siedziałem w koszarach i nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogę na nią pojechać.
Dlaczego?
Bo nikt wtedy nie wiedział, że w Afganistanie się walczy. Pamiętam, że w jednej z gazet znalazłem krótką notkę o wprowadzeniu wojsk do tego kraju. I to koniec. Przez następne lata prasa
milczała o wojnie. Czasami pojawiała się informacja, że sowieccy żołnierze sadzą tam drzewa, budują drogi i mosty czy też odbudowują meczety dla Afgańczyków. Nic ponad to. Blokada
informacyjna. Dopiero po dwóch latach, kiedy byłem w szkole oficerskiej, odwiedził nas jeden z żołnierzy tzw. islamskiego batalionu, który w grudniu 1979 r. chronił pałac prezydencki
Hafizullaha Amina. 27 grudnia, kiedy oddziały specjalne "Zenit" i "Alfa" zaatakowały siedzibę afgańskiego przywódcy, ochrona stawiła im opór. Żołnierz,
którego poznałem, stracił wtedy rękę. Dopiero od niego dowiedziałem się, że w Afganistanie zajmujemy się nie tylko budową przedszkoli. Co tam się dzieje, właściwie wiedzieli tylko krewni
tych, którzy zginęli. Pogrzeb musiał odbyć się szybko, potajemnie. Większość ludzi nie miała o niczym pojęcia. Kiedy na przełomie 1987 i 1988 jechałem pociągiem, ktoś zapytał, gdzie
tak się opaliłem. Odpowiedziałem mu, że wróciłem z Afganistanu. Był oburzony, że kłamię, bo przecież partia zapewnia, że wojsk tam nie ma.
Jak pan właściwie trafił do Afganistanu?
Chciano mnie wyrzucić ze szkoły oficerskiej za niesubordynację. Żeby się ratować, napisałem prośbę o wysłanie do Afganistanu. Myślałem też, że na wojnie zawsze łatwiej awansować.
Trafiłem na dwa lata do piechoty. Powitanie było dosyć osobliwe. O mało przez głupotę nie zastrzelił mnie zastępca dowódcy naszego oddziału: odczepił magazynek, przyłożył mi lufę do
głowy i mówi, że lubi strzelać do nowych. Taki żart. Pociągnął za spust, a ja w ostatniej chwili odruchowo odsunąłem głowę w bok. Okazało się, że jeszcze jeden nabój był w lufie. Sam
kraj zrobił na mnie wrażenie dzikiego. W Kabulu małe gliniane domki ściśnięte wzdłuż ulic jak kurniki czy ule. Upał, brud i roje much. Czułem się, jakbym przeniósł się do
średniowiecza.
czytaj dalej


















Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!